Rozdroża odchudzania
Sporo ludzi ma swoje jawne lub ukryte kompleksy. Sporo, świadomie lub nie, leczy je tłamsząc innych słowem czynem czy też porównaniem.
Cudownym celem są kobiety z nadwagą. Dlaczego kobiety? Bo facetom zwykle wybacza się więcej, co nie znaczy, że im jest tak super łatwo. Poza tym taki facet z nadwagą może przyłożyć w łeb delikwentowi, puszysta kobieta stanowi mniejsze zagrożenie. Jako osoba puszysta duchem, a od kilku lat również ciałem, doskonale odczułam ten schemat na własnej skórze.
Atakujące zewsząd opinie, że kobieta puszysta to kobieta przede wszystkim leniwa, która o siebie nie dba narażając na niemiłe przeżycia estetyczne otoczenie, ogólnie godna potępienia, która, z racji swoich wad i przywar, powinna przede wszystkim ubierać się nijako i skromnie, aby mniej rzucać się w oczy, snuć się bokiem chodnika starając się zająć jak najmniej miejsca, bo i tak już zabiera go ponad normę, zdecydowanie objawiać wyrazem twarzy umartwienie, skubać nieśmiało jedzenie, prezentując chęć zmiany, a całym swym zachowaniem przepraszać za swą nieudolność, wyciskają na kobiecie piętno jak niegdyś szkarłatna litera. Miliony kobiet zastraszane przez inne kobiety i potępiane przez siebie osobiście rzucają się w wir diet i ćwiczeń aby dorównać ideałom i zmazać symbol swego pohańbienia.
Ponad dwa lata temu zawitałam na duży portal dla odchudzających się. Z zapałem postanowiłam zgubić swoje kilogramy i wrócić do grona szanowanych, zadbanych kobiet.
Nie udało się - brakło systematyczności, a przede wszystkim chęci. Coś gdzieś w mojej głowie nie zgadzało się na odzyskanie szczupłej sylwetki i uprawiało działalność wywrotową pomimo moich świadomych i usilnych starań.
W końcu postanowiłam posypać głowę popiołem, przyznać się do lenistwa, zaniedbania, braku poczucia estetyki i żyć dalej w świętym spokoju bez katowania się dietami, wymyślnymi ćwiczeniami i dziwnymi zabiegami. Do ogólnego marazmu przyczyniła się zapewne kontuzja kolana, która unieruchamia mnie już od półtora roku i doskonale usprawiedliwia brak czynu. Komórki mózgowe uwolnione od ciągłego przeliczania kalorii, wydatków energetycznych i skupiania się na kolistych ruchach mordujących cellulitis, ogłupiałe z nadmiaru wolnego czasu zajęły się działalnością uboczną. Nauka gry na djembe, powrót do rysowania, fascynacja tkactwem i zielarstwem, wciąż nie wypełniła ich możliwości i na jałowym biegu zaczęły przemielać wszelkie zgromadzone myśli i poglądy.
Już pierwsze wnioski były zaskakujące. Okazało się, że obecnie najbardziej przeszkadza mi moja niesprawność kolanowa i związany z nią postępujący brak kondycji. Przeszkadza mi brak pięknej bielizny w szufladzie i fajnych, pasujących na mnie ciuchów w moim stylu co wiąże się z żalem po tych, w które się już nie mieszczę, a do których przywiązałam się emocjonalnie. Przeszkadzają mi nieustanne ni to pytania ni to orzeczenia w stylu "o, przytyłaś", sugerujące mi ślepotę, bo zapewne nie zauważyłam tego faktu. Przeszkadza mi wreszcie zakładanie, że jestem na diecie, tudzież powinnam na nią przejść i wpatrywanie się w mój talerz wzrokiem bazyliszka, jako że popełniam wielką zbrodnię jedząc. Nijak do tego wszystkiego nie przypętała mi się moja nadwaga. Jej nieobecność w rozważaniach sugerowała kompletną obojętność w tej kwestii. Komórki drążyły jednak dalej, bo w końcu po kilku latach "bycia na diecie", dzięki czemu nadrobiłam kilka kilogramów na plusie, trudno uwierzyć, że cel jakiemu się poświęcało przez tak długi okres czasu nie był żadnym dla mnie celem, a jedynie pędem przeganianych owiec. Krytycznie spojrzawszy w lustro, analizując wszelakie mankamenty, doszły do wniosku, że najbardziej ze wszystkiego brakuje mi amatora moich krągłości, oraz akceptacji otoczenia dla mojego wyglądu. I znów nie znalazły nic o potrzebie odchudzania.
Przestałam się wiec dziwić, że moje wysiłki okazały się być syzyfowe, ponieważ kompletnie chybione w zapotrzebowanie nie miały wsparcia duszy, ciała i umysłu, a jedynie przekonanie, że tak właśnie powinnam. Znaczący też fakt wygrzebały ze wspomnień, iż chwile ogólnego potępienia własnego wyglądu i zwątpienia w swój wdzięk i powab miewałam przez całe życie składające się głównie z okresu wybitnie szczupłego i nie zależały one w żadnym stopniu od cyferek na wadze.
Te wszystkie rozważania napadły mnie kiedy po niemal rocznej nieobecności na wspomnianym portalu dla odchudzających się, przyszła wiadomość od jednej ze znajomych współodchudzających z zapytaniem co się u mnie dzieje. Przy całej mojej sympatii do owego portalu wracając tam poczułam się jak odwiedzający swoje dawne więzienie. Zapisy w pamiętnikach skupiające się jedynie na ilości spożywanego jedzenia i ilości wykonanych ćwiczeń, komentarze pełne pochwał, gdy waga spadła w dół i pełne zrozumienia, choć zawierające mobilizacje gdy coś się nie udaje. Wszystko, co kiedyś wydawało mi się szlachetne, pełne wsparcia, teraz mnie przeraziło.
W Azji matki krępowały stopy swoim córkom narażając je na cierpienie i śmierć - dla ich dobra. W Afryce małe dziewczynki podlegają obrzezaniu przez swoje matki - dla ich dobra. A u nas miliony kobiet zamieniają swoje życie w wiezienie pod ścisłym nadzorem innych kobiet, aby nie uchybić żelaznym regułom dążenia do idealnej sylwetki - dla ich dobra. Wspólne jest to, że we wszystkich tych trzech przypadkach kobietom wmawia się, że są szczęśliwe ponieważ postępują zgodnie z przyjętym wzorcem.
W przeciwieństwie do zabiegów z innych kontynentów, okrutnych dla naszej świadomości, rodzima mania odchudzania wpisuje się kulturowo i medycznie jako zdrowy tryb życia, służący ludzkości. Niestety, pod sztandarem dbania o zdrowie ukrywają się również koszmary i zabójcy: bulimia, anoreksja, wahania wagi prowadzące do kompletnego rozchwiania pracy organizmu, depresja, brak poczucia własnej wartości, wyjałowienie z wszelkich niezbędnych witamin i minerałów do życia na skutek restrykcyjnych diet. Rzadko słyszymy, iż odchudzanie może być groźne dla zdrowia i życia tak samo jak nadmierna otyłość. Przede wszystkim zaś utrwala się świadomość, że o wartości osoby świadczy jej waga i wygląd, a odchudzanie się jest podstawowym obowiązkiem każdej kobiety (nawet tej, która ma 14 lat i pięć kilogramów więcej niż rok wcześniej, ponieważ podczas okresu pokwitania pojawiły się jej piersi i rozszerzyły się biodra, w dodatku urosła 10 centymetrów!).
Nie wiem, czy chcę się odchudzać. Stoję na rozdrożu decyzyjnym. Po byciu szczuplutką istotką, przytyłam z powodów zawirowań w moim życiu, gdyż jedzenie było dla mnie pocieszeniem i lubię jeść. Mam dwie wagi - tą szczupłą, którą miałam przez lata i tą, z którą żyję obecnie, a do której jeszcze nie zdążyłam się całkiem przyzwyczaić. Sama nie wiem w której byłoby mi teraz lepiej. Może wrócić do poprzedniej wagi, chociaż żal mi moich piersi, bo jako mniej obficie obdarzona w wersji szczupłej byłam płaska jak deska. Może zostać taką jaką jestem teraz ciesząc się, że można się do mnie przytulić jak do miękkiej, ciepłej poduszki. Może wybrać gdzieś po środku kompromis - między większą sprawnością, a kobiecymi kształtami? Na pewno nie chcę więcej być zastraszana i nagabywana w temacie mojej wagi, mojego prywatnego, intymnego życia!
Lubię swoje krągłości, ponieważ teraz jestem kobietą świadomą siebie. Nie lubię tych chwil, kiedy patrzę na siebie bardzo krytycznie - zdarzają mi się przez całe życie - bez względu na wagę. Kiedyś schudnięcie wydawało mi się celem do pełnego szczęścia. Teraz schudnięcie lub nie to tylko wybór opcji - jaka chcę być. A ja - po prostu - bardzo kobieco - sama nie wiem czego chcę. :)
Stoję na rozdrożu i na razie jest mi tu dobrze. Widać potrzebuję sobie posiedzieć przy drodze pod słupem kierunkowym. Tyle możliwości i dróg. Całkiem możliwe, że ja tak naprawdę nigdzie nie mam ochoty się udawać i wolę pozostać tutaj. Przynajmniej teraz..
Wiem jedno - kiedy już wybiorę to chcę, aby moją decyzję uszanowano, bez względu na to jaka ona będzie.
W tym wszystkim nie jestem przeciwniczką ani odchudzania, ani ćwiczeń, bo mogą one dawać wiele radości i frajdy. Jestem jednak za wolnym, świadomym wyborem nie naznaczonym piętnem presji otoczenia i tylko wtedy, kiedy nie zagraża to zdrowiu i wynika z rzeczywistej, nie zaś z wyimaginowanej nadwagi. Wiele kobiet schudnie i będą szczęśliwe. Wiele zaś nie schudnie, bo walczą wbrew sobie gubiąc po drodze własne życie i radość. A przecież najważniejsze to żyć pełnią i cieszyć się tym swoim życiem - wielkość osoby nie ma tu znaczenia.
Ten tekst dedykuję mojej mamie, która była piękną, młodą, szczupłą kobietą, a teraz jest piękną, dojrzałą, puszystą kobietą - chciałabym, aby dostrzegła, że są różne oblicza piękna i są one tak samo zachwycające i godne miłości. Dedykuję go również moim współodchudzającym koleżankom i życzę im, żeby dostrzegły, że są piękne tu i teraz, jak powiedziała mi jedna z moich ukochanych przyjaciółek.




















