Wegańska bogini - Kim Barnouin, Rory Freedman
Już biorąc do ręki ciekawie wydaną książkę przypuszczałam, że na pewno nie będę się nudzić przy jej lekturze. Rzut oka na tytuły niektórych rozdziałów: „Cukier to prawdziwe diabelstwo”, „Szkodliwa dla zdrowia dieta oparta na padlinie”, „Nie bądź cieniaską”, „Czas na kupę” czy „Nie łudź się – rząd nie dba o Twoje zdrowie” jeszcze mnie w tym upewnił. I tak zagłębiłam się w treści, które zostały uznane przez New York Times za wartościowe, bowiem ”Wegańska bogini” była przez jakiś czas numerem 1 na liście bestsellerów. Czy zasłużenie?
Dwie bystre kobiety o ciętym języku biorą się za przeprowadzenie rewolucji w kwestii odżywiania i chcą zmienić nasze nawyki żywieniowe obiecując w zamian nie tylko uzyskanie i utrzymanie już na zawsze (bez efektu jo-jo!) szczupłej sylwetki, ale także wzrost energii i zadowolenia z życia. Chcą nas zachęcić do przestrzegani wegańskiej diety pisząc z dużym rozmachem o jej zaletach, a ukazując nieraz nawet w brutalny sposób zagrożenia związane ze spożywaniem mięsa, mleka czy rafinowanego cukru. Swoją argumentację przedstawiają w sposób jasny, prosty i logiczny; miejscami książka przypomina nawet fabułę filmu sensacyjnego: machlojki stosowane przez Departament Stanów Zjednoczonych ds. Rolnictwa (USDA), fałszowanie wyników badań laboratoryjnych i przekupstwo wśród urzędników najwyższego szczebla. Język, którym się posługują jest dowcipny, a miejscami nawet dosadny - same sprawdźcie, jak brzmi chociażby oryginalny tytuł!!! Nie ma tu miejsca na nudę czy relacjonowanie w obojętnym tonie, co jest zdrowe, a co szkodliwe, co należy spożywać, a czego bezwzględnie unikać. Podczas lektury czuje się, że Rory Freedman – była agentka pracująca dla agencji modelek Ford Models i Kim Barnouin – była modelka i magister dietetyki holistycznej są stuprocentowo przekonane, że mogą poprzez eliminację z naszego jadłospisu cukru – „prawdziwego diabelstwa” i zniechęcanie nas do jedzenia ciał martwych krów, świń i kurczaków zmienić nasze życie na lepsze. Mogą też poprzez przedstawienie nam konkretnych argumentów przyczynić się do zniesienia okrucieństwa związanego z dietą mięsną i położenia kresu cierpieniu zwierząt, bo te cele przyświecały im przede wszystkim podczas pisania. To ich misja. Czy udało się im zachęcić mnie do przejścia na weganizm?
Muszę przyznać, że przygotowały się solidnie do swego zadania i uczyniły to z pełnym zaangażowaniem. W książce nie brak danych z zakresu biologii, biochemii, informacji o substancjach toksycznych i ich wpływie na organizm ludzki, a bibliografia zawiera aż 134 pozycje! Moją uwagę przykuły najbardziej rozdziały: dziewiąty zatytułowany „Nie łudź się – rząd nie dba o Twoje zdrowie”, czwarty „Szkodliwa dla zdrowia dieta oparta na padlinie” i piąty „Mleczna katastrofa” (uszeregowałam w kolejności od rozdziału najbardziej mnie interesującego.)
Z rozdziału czwartego dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy: w 2003 roku, gdy szalała choroba wściekłych krów, spośród 35 milionów zabitego bydła, na obecność tej choroby zostało zbadane przez Departament Rolnictwa tylko 20 tysięcy. I co z tego, że Amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków wydała zakaz zabraniający karmienia bydła paszą, która zawiera zmielone mięso martwych krów, skoro dopuszczono karmienie cieląt bydlęcą krwią, brr… Coraz mniejszą mam ochotę na mięso.
W rozdziale czwartym zatytułowanym „Szkodliwa dla zdrowia dieta oparta na padlinie” rasowe weganki biorą na cel dietę Atkinsa, która może co prawda doprowadzić do szybkiej utraty wagi, ale to woda będzie wydalana w dużej ilości, a nie zbędny tłuszcz. Działa więc ona jako środek moczopędny, a utrata kilogramów jest tylko pozorna. Dieta wysokobiałkowa ma zgubne skutki, ponieważ obciąża nerki, które muszą dwa razy ciężej pracować, by usunąć szkodliwe końcowe produkty przemiany materii. Uzasadniają też, dlaczego proces trawienia występujący u ludzi świadczy o tym, że naturalne powinno być dla nas jedzenie roślin, a nie mięsa.
W rozdziale piątym rozprawiają się z mitem, że mleko jest dobre także dla ludzi dorosłych i niezbędne do wytworzenia mocnych kości. Wiedziałam oczywiście, że produkcja laktazy – enzymu niezbędnego do trawienia laktozy (cukru mlekowego) jest największa u dzieci, a maleje znacznie z wiekiem, ale że niestrawiona laktoza i właściwości kwasotwórcze pasteryzowanego mleka są środowiskiem sprzyjającym do rozwoju bakterii w jelitach – tego już nie wiedziałam. I o zgrozo, to kwaśne środowisko jest wprost wymarzone do rozwoju komórek rakowych. Jeszcze sprawdzę tą informację w innych źródłach, ale już coraz bardziej podejrzliwie zaczynam patrzeć na mleko. W zdumienie wprawiła mnie też informacja, że wysoki poziom zawartości białka w produktach mlecznych tak naprawdę wypłukuje wapń z organizmu, sprzyja zatem, a nie zapobiega osteoporozie.
Książkę zaczęłam czytać późnym wieczorem i nie odłożyłam, aż przeczytałam ostatni rozdział. Nie sądzę, żebym została w bliskiej przyszłości weganką, ale z jeszcze większą uwagą będę czytać informacje na etykietach zawierające dane o produktach żywnościowych, skuszę się też na pewno na kilka produktów wymienionych w zestawieniu „Produkty dla wegan dostępne na polskim rynku”. Tofu warzywne z ziołami – brzmi przecież całkiem smakowicie.
Pojawiło się też u mnie pragnienie sprawdzenia, jak się ma sprawa z bezpieczeństwem żywności w Polsce. Jak katastrofalna jest sytuacja w Ameryce, dowiedziałam się już od zdeterminowanych weganek, które podały między innymi informację, że Amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków zatwierdziła listę około 1700 leków, które mogą zostać dodawane do karmy, a około 300 z nich może powodować przybieranie na wadze . Przestała mnie już więc dziwić ogromna liczba chorobliwie otyłych Amerykanów i Amerykanek. Czytając wstrząsające relacje o brutalnym obchodzeniu się ze zwierzętami przeznaczonymi na ubój, pocieszałam się, że u nas takie rzeczy na pewno się nie zdarzają, że obowiązują przecież jakieś normy, które producenci żywności muszą przestrzegać, że są instytucje stojące na straży produkcji żywności przeznaczonej do spożycia. No i przecież dzielnie działają obrońcy praw zwierząt. Ale przecież w Ameryce też działają…
Nie doznałam zawodu czytając tą kontrowersyjną książkę. Ale zgodnie z hasłem powtarzanym wielokrotnie przez autorki: „Nie ufaj nikomu” sama będę obserwować dokładnie swój organizm i ustalę w końcu optymalną dla siebie opcje żywieniową.
Po przeczytaniu książki postanowiłam sobie udowodnić, że nie jestem uzależniona od jedzenia mięsa i przez trzydzieści dni ograniczę moje menu wyłącznie do produktów roślinnych. Odtruję mój organizm od antybiotyków, sterydów i hormonów, którymi są ponad miarę faszerowane zwierzęta. Zobaczę, jakie to przyniesie efekty. A może zostanę potem jaroszem?



















