Sala samobójców
Właśnie zastanawiałam się, jak zacząć tę recenzją, kiedy rzuciłam okiem na okładkę tygodnika „Wprost”. A tam takie zdanie: „Dlaczego aż tylu Polaków nie jest w stanie zaakceptować odmienności”. Z taką samą refleksją w głowie wychodziłam z kina po obejrzeniu Sali samobójców, filmu, o którym chcę tu napisać kilka słów.
Ale od początku. Film otwiera scena, w której główni bohaterowie – Dominik i jego rodzice – spędzają wspólnie wieczór w operze. Krótki rzut na każdą z postaci daje widzowi podstawowe informacje o życiu rodziny. Ojciec (w tej roli Krzysztof Pieczyński) – zasadniczy, chłodny, niespecjalnie dopuszczający możliwość sprzeciwu. Matka (Agata Kulesza) – rzadko obecna w domu, bo zapracowana, przekonana o tym, że panuje nad wszystkimi obszarami swojego życia. Wreszcie Dominik (Jakub Gierszał) – maturzysta poszukujący własnego miejsca w zorganizowanym przez rodziców świecie. Jak określił go reżyser filmu – „zagubiony, młody chłopak, który nie ma swojej skóry”.
Pierwsze kilkadziesiąt minut filmu toczy się dość leniwie, nawet nieco nudnawo. Jednocześnie od pierwszych scen daje się wyczuć narastające napięcie, które powoli rozsadza pozornie idealny świat Dominika. Bo takie właśnie z początku wydaje się życie chłopaka: ma pieniądze, chodzi do świetnej szkoły, do której transportuje go wynajęty przez rodziców szofer-ochroniarz. Andrzej i Beata Santorscy w swoim mniemaniu dbają o swojego jedynego syna. Na kształt wirtualnej rzeczywistości zbudowali dla Dominika idealny świat, w którym wszystkie elementy podporządkowane są założonemu celowi. Zapewniają mu wszystko, co ich zdaniem potrzebne do tego, żeby miał zapewnioną tzw. przyszłość. Chłopak jest dobrze sytuowany, ma możliwość zdobycia wykształcenia, jest wręcz przesądzone, że po maturze pójdzie na studia, jeszcze tylko jakaś ładna dziewczyna – najlepiej urocza córka ministra – i życie Dominika spełni oczekiwania rodziców.
Rysa z początku jest mała. Zgrzyt ledwo słyszalny. Zabawa, żart, ciekawość, trochę alkoholu, zakład i... pocałunek, który zmieni wszystko. Dalej zdarzenia rozgrywają się już w błyskawicznym tempie. Nie będę zdradzać szczegółów, bo fabuła Sali samobójców zdecydowanie zyskuje dzięki elementowi zaskoczenia. Od tej chwili jednak coraz wyraźniej rysuje się odmienność Dominika. Odmienność, która nie spotka się z akceptacją ani rówieśników, ani rodziców. Chłopak intensywniej doświadcza rozmaitych emocji: od zauroczenia, przez wstyd i bezsilność, aż po nienawiść. Emocji, które znajdują ujście jedynie w krzyku, płaczu i ostatecznie izolacji. Odrzucony przez rzeczywistość, czy też odrzuciwszy ją sam, Dominik przekracza nieuchwytną granicę pomiędzy światem realnym a wirtualnym. Prowadzony przez intrygującą i niebezpieczną Sylwię (Roma Gąsiorowska-Żurawska) przenosi się do wirtualnego świata awatarów i wchodzi do tytułowej sali samobójców.
Alternatywna rzeczywistość wciąga Dominika tak mocno, że chłopak stopniowo traci kontakt z realem. Pojawia się pytanie: „kto jest temu winien?” Rodzice – bo nie zbudowali z synem wystarczająco silnej więzi? Internet – bo wciąga i uzależnia? Toksyczna znajomość z dziewczyną, która kusi lepszym życiem? Sam Dominik – bo woli uciec niż stawić czoło rzeczywistości? Na pewno tak. Dla mnie jednak najważniejszy i najcelniej trafiający w sedno wydaje się watek inności, podniesiony przez Sylwię podczas jednej z wirtualnych rozmów. Dziewczyna przekonuje Dominika, że problem nie leży po jego stronie, ale po stronie całej reszty społeczeństwa. Mówi o inności. O tym, że odmienność ich obojga związana jest z wrażliwością, a ta z kolei jest darem. Dotyka też kwestii, która definiuje zagadnienie odrzucenia i braku akceptacji dla odmienności. „Oni się nas boją” – mówi Sylwia. Boją się, dlatego odrzucają.
Pozory, brak miłości i zrozumienia, odrzucenie, iluzja życia w wirtualnej społeczności – wszystko to przyczyniło się do tragedii młodego, wrażliwego chłopaka. Najmocniejszy cios zadał mu jednak strach tych wszystkich, którzy nie byli w stanie zaakceptować jego... hmm, chyba nawet nie tyle jego odmienności, co zwyczajnie jego samego.
Sala samobójców to niewątpliwie jedna z ciekawszych polskich produkcji ostatnich lat. Zarówno w warstwie fabularnej, jak i wizualnej film ten zasługuje na uznanie. Z niezwykłą lekkością przeplatają się tu plany realne z wirtualnymi. Animacja odbiega wprawdzie znacząco od obecnym standardów i możliwości grafiki komputerowej, ale dzięki temu właśnie tworzy niepowtarzalną jakość. Jest swoista i wyrazista, a przez to staje się świetną alternatywą dla schematycznego świata rzeczywistego. Świetna gra aktorska, zwłaszcza odtwórcy głównej roli – Jakuba Gierszała – oraz jego matki – Agaty Kuleszy, wzmacnia autentyczność tego trudnego obrazu. Poza tym – co niestety nie tak częste w polskim kinie współczesnym – całość produkcji jest naprawdę spójna i dopracowana w szczegółach. Połączenie elementów gier komputerowych, kultury emo oraz – jak mówił sam reżyser – „dziecięcej energii, takiej z High School Musical” z dramatem psychologicznym było wprawdzie ryzykowne, ale w tym przypadku całkowicie udane. I choć nie brak w Sali samobójców niedociągnięć (na przykład zbyt przerysowane, wręcz satyryczne sceny wizyt dwojga psychiatrów w domu Santorskich), to zdecydowanie polecam ten film nie tylko młodzieży ku przestrodze, nie tylko rodzicom dla nauki, ale każdemu, kto w swoim życiu też spotyka się z odmiennością i wrażliwością – dla refleksji i oswojenia strachu.
Na film zaprasza:




















