Prawdziwe męstwo
Dziki Zachód. Małe miasteczko. Ona i On (i jeszcze jeden On). I oczywiście na dokładkę ten zły. Wszystko jak w starym dobrym westernie. I to dosłownie, bo najnowszy film braci Coen to remake opartego na powieści Charlesa Portisa (1968) filmu Prawdziwe męstwo (reż. Henry Hathaway, 1969). Choć historia jest znana, a konwencja westernu zdaje się nie pozostawiać wiele miejsca na autorskie rozwiązania, to film Coenów oczarowuje świeżością.
Ale zacznijmy od historii… Ona to czternastoletnia Mattie Ross, córka farmera, który zginął z rąk niejakiego Toma Chaneya. Dziewczyna postanawia odnaleźć oprawcę i pomścić śmierć ojca. W tym celu wynajmuje Jego – szeryfa Roostera Cogburna. Kiedy wyruszają w pogoń za Chaneya’em, dołącza do nich kolejny On, czyli LaBoeuf – strażnik z Teksasu, który od wielu miesięcy próbuje dorwać ukrywającego się pod różnymi nazwiskami przestępcę. Cała trójka w poszukiwaniu mordercy przemierza dzikie terytoria zamieszkałe jedynie przez indiańskie plemiona. W międzyczasie bohaterów spotykają liczne przygody. Oni sami rozchodzą się i schodzą ponownie. Bywa śmiesznie, smutno, groźnie, niebezpiecznie, a nawet ckliwie. Ot i cała historia. Prosta – i to właśnie jej największa zaleta.
Prawdzie męstwo to kolejny świetny film Ethana i Joela Coenów. Na uwagę zasługują w zasadzie wszystkie składniki filmu. Całość jest spójna: muzyka stanowi doskonałe dopełnienie obrazu, a scenografia przenosi widza w brudny i mięsisty świat Dzikiego Zachodu. Postaci są westernowo wyraziste, a ich relacje maksymalnie uproszczone. Każdy człowiek, każdy przedmiot i każda sprawa mają w tym świecie swoje miejsce. Nie brak też wysmakowanego, nienarzucającego się poczucia humoru. Szczególnie trafiona wydaje się obsada ról trzech głównych bohaterów filmu (debiutująca na wielkim ekranie Hailee Steinfeld jako Mattie, Jeff Bridges jako Rooster oraz Matt Damon jako LaBoeuf stanowią mistrzowskie trio).
Podsumowując – takie kino ogląda się z prawdziwą przyjemnością!
Na film zaprasza:




















