Kurs odchudzania
Uzdrawianie duszy i ciała

Chrzest

Reżyseria: Marcin Wrona
Chrzest

Choć nagrany w kolorze, najnowszy film Marcina Wrony to – jak dla mnie – film czarno-biały. Dosłownie, bo kolorystyczna asceza i jednolita szaro-beżowa tonacja sprawiają, że „Chrzest” ogląda się jak czarno-białą produkcję. I w przenośni, bo świat stworzony przez Marcina Wronę opiera się przede wszystkim na kontrastach i binarnym systemie wartości. Dobro – zło. Miłość – nienawiść. Braterstwo – zdrada. Życie – śmierć. Jasne zasady, niezachwiane postawy, wyraziste relacje i twarde motywy działania – oto, czym rządzi się świat, w którym funkcjonują bohaterowie filmu. Pod tą powłoką kryje się jednak delikatna materia ludzkiej psychiki i to właśnie owo zestawienie stanowi o wartości drugiego po zeszłorocznym debiucie pełnometrażowego filmu Marcina Wrony.

Właściwa akcja filmu rozgrywa się w ciągu jednego tygodnia, jednak w tle pobrzmiewają wciąż zdarzenia z przeszłości. Michał (Wojciech Zieliński), główny bohater, to dobrze ustawiony przedsiębiorca, szczęśliwy mąż, młody ojciec i… były przestępca skazany na śmierć za zdradę. Kara jest nieunikniona, ponieważ Michał płaci gangsterom za każdy dzień życia. Kiedy pieniędzy zaczyna brakować, bohater postanawia zabezpieczyć przyszłość swojej żony Magdy (Natalia Rybicka) i nowo narodzonego synka. Wtedy właśnie pojawia się Janek (Tomasz Schuchardt), przyjaciel z wojska, któremu Michał wyznacza rolę głowy rodziny. Chłopak ma ją odegrać, stając się po śmierci przyjaciela mężem jego żony i ojcem jego dziecka. Zatem podobnie jak w „Mojej krwi” bohater konsekwentnie realizuje swój plan, w którym inni ludzie zdają się jedynie pionkami. Na pewnym etapie przestaje być jednak oczywiste, kto płaci najwyższą cenę. Trzymające w napięciu filmy Marcina Wrony każą nam bowiem stale weryfikować pierwsze wrażenie, podjąć próbę zrozumienia motywów głównych postaci, wejść w ich skórę.

Najczęstszym zarzutem recenzentów „Chrztu” jest zbyt dosłowne przetwarzanie wielokrotnie opracowywanych już tak przez kino, jak i inne obszary kultury tematy. I rzeczywiście kontekst biblijnej historii Kaina i Abla, klasyki kina gangsterskiego z „Ojcem chrzestnym” na czele, „Długu” Kazimierza Kutza czy wreszcie, a może przede wszystkim, poprzedniego filmu Wrony „Moja krew” narzuca się już od pierwszych scen. Myślę jednak, że nie w samym temacie tkwi siła „Chrztu” (historia notabene oparta jest na faktach), ale sposobie jego ujęcia. A co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości, że podobnie jak w poprzedniej produkcji, tak i w najnowszym filmie Wrony na uznanie zasługują: trzymająca w napięciu akcja, świetna obsada, spójność fabularna, znakomite zdjęcia (Paweł Flis) i muzyka (Marcin Macuk).

Można by powiedzieć, że „Chrzest” to film dla mężczyzn. Dla prawdziwych mężczyzn. Jeśli uwierzyć, że kobiety lubią oglądać tylko romanse i animowane historie o przygodach zwierzaków, to rzeczywiście kino Marcina Wrony powinno znaleźć swoich odbiorców jedynie wśród największych twardzieli płci męskiej. Jednak ponieważ żyjemy w świecie nieco mniej zeschematyzowanym, jestem przekonana, że najnowszy film reżysera „Mojej krwi” znajdzie uznanie nie tylko mężczyzn, ale i kobiet. Mimo że mocne, czasem nawet brutalne, jest to naprawdę dobre, warte polecenia kino.

Na film zaprasza:

kino_polonia_male_logo_1.jpg