A kiedy się obudzę? - Agnieszka Jankowska
Gdy zaczęłam czytać książkę pani Agnieszki Jankowskiej "A kiedy się obudzę?" niebo było zachmurzone i padał drobny deszcz. Typowa listopadowa pogoda sprzyjająca przebywaniu w domu i zagłębieniu się w ciekawą lekturę.
Treść powieści dla kobiet (taki podtytuł dała sama autorka, choć niezbyt mi się spodobał ze względu na możliwość wystąpienia stereotypizacji) przeniosła mnie do opromienionych słońcem urokliwych Włoch. Bohaterka to Julia - wykształcona singielka po trzydziestce, która jak to ujęła autorka "nie miała szczęścia do mężczyzn" i po nieudanych związkach leczyła rany emocjonalne. W tym momencie szczerze mówiąc miałam ochotę odłożyć książkę na półkę, ponieważ nie lubię powieści, w których głównym wątkiem są perypetie miłosne i które obracają się według przewidywalnego schematu: dwoje ludzi spotyka się, zakochuje się w sobie, napotyka silny sprzeciw z zewnątrz, pokonuje go siłą swego uczucia i żyje dalej długo i szczęśliwie. Pełna sielanka, która nijak się ma do skomplikowanej rzeczywistości.
Na szczęście pani Agnieszka wyszła poza łatwy schemat. Julia musi wprawdzie walczyć z teściami nieaprobującymi jej jako potencjalnej synowej swego syna adwokata i zgadzającymi się ze stwierdzeniem "Polki są dobre jako kochanki, ale nie jako żony", ale siedzenie w domu i szykowanie obiadów dla ukochanego męża i wychowywanie syna nie wystarczają jej do odczuwania pełnego szczęścia. Jak przystało na nowoczesną wykształconą kobietę, ma swoje dwie wielkie pasje: pisanie i język włoski - i jest bardzo zadowolona, gdy dostaje posadę korespondentki jednej z polskich gazet w Rzymie. Jak sobie poradzi z łączeniem obowiązków żony i matki z realizowaniem swoich pasji? W jaki sposób będzie postępować z niechętnie do niej nastawionymi teściami? Czy szczęście rodziny zostanie nagle zagrożone nieprzewidzianymi zdarzeniami? Powoli z początku zarysowana akcja powieści nabiera coraz szybszego tempa.
Język, którym posługuje się pani Agnieszka Jankowska jest prosty i oszczędny. Objętość powieści też stosunkowo niewielka, jedynie 67 stron. W trakcie lektury autorka przenosi nas w świat innej kultury, mentalności, zwyczajów, wplata w to umiejętnie swoje refleksje na temat miłości, szczęścia, radości macierzyństwa, poczucia bezpieczeństwa i samorealizacji dojrzałej kobiety. Pod koniec stosuje sprytny zabieg pisarski służący kulminacji napięcia. Jaki? Zachęcam do lektury.




















Odpowiedzi
Byłam na polsko - włoskim weselu
Rodzice ze strony włoskiej mieli miny jak na pogrzebie (błogosławieństwo w polskim domu wyglądało jak stypa); włoska matka wystroiła się w spodnie takie na każdy dzień, ogólnie okazano, że dla nich to wesele to jakaś pomyłka... Zresztą byłam świadkiem awantur telefonicznych o ten ślub... i nie wiem o co ta jazda była, bo dziewczyna (Polka) normalna i porządna, a facet (Włoch) z pozoru OK - z czasem się okazało, że to polska rodzina powinna panikować...