Uzdrawianie duszy i ciała
Kurs odchudzania

Homo fabricus

W krzywych okularach...

Gdzieś pomiędzy pierwszym a trzecim kamiennym kręgiem, pomiędzy nutami celtyckich brzmień - Miasto. Budynek na budynku, mało drzew na mojej ulicy, równo przystrzyżone krzaki. Papierki lukrowane na bruku.
Parki, biblioteki, sklepy, sklepy, sklepy, bankomaty. Samochody, drogie podobno, opływowe ich kształty nie zmniejszają emisji spalin.
Kamienne małe kościoły.
Dwa krany, ruch samochodowy lewostronny, klamka, jako spłuczka, sznureczek jako włącznik światła.
Ukryty za polityczną i społeczną poprawnością rasizm.
Anglicy, Hindusi, Kurdowie, Polacy i inni.

Stojąc w kolejce do pracowniczego kloka tęsknię do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych, nie nad Niemnem, choć szeroko rozciągnionych. Za domem, za psem i spacerami. Za zapachem ojczyzny. Bo moja ojczyzna to rodzina, przyjaciele, mały kosmos, moje Uniwersum. A tutaj istnieje tylko praca, ciężka praca. Czas przestaje płynąc, zawiesza się jednym mrocznym bezczasie, zaczasie. Siada na dziwacznym tronie bezpanowania i panuje w ukryciu, a Ty żyjesz rytmem tych samych czynności powtarzanych z częstotliwością...

Fabryka

Stoję na finiszingu, wkładam chłodnice do dżiga, sprawdzam czy rurki aluminiowe wpasowują się w jego kształt. Pierwsza chłodnica, druga chłodnica, trzecia chłodnica, piąta, milionowa... Boli mnie ręka. Nie mam siły już kapslować. Napisałam sobie na blacie markerem czerwonym jak krew (robię nim kropeczki na kapselkach): Per aspera ad astra... Marzę o gwiazdach, wyobrażam sobie Ziemię błękitno-zieloną, piękną i prawie okrągłą, widzianą z Księżyca. Jestem kosmitą. Ale pieniądze zarobione tutaj pomogą mi spełnić marzenia o podróżach, licznych i dalekich. Chociaż czy na prawdę aż tak bardzo ich potrzebuję? Pieniędzy, bo podróży bardzo. Małych i olbrzymich, ucieczek i powrotów z czasu do przestrzeni w wieczność i nieskończoność.
A fabryka śpiewa tak jak potrafi. Pachnie sobą. Aluminium, kurz, tajemniczy fluks. Buczenie, brzęczenie, trąbienie.

Wszechwładny Bezczas wyłania się z Chaosu, aby walczyć z Czasem cyklicznym i linearnym, mającym ponoć błogosławieństwo samego Stwórcy. Stwórcą czasu fabrycznego, konkurenta czasu ziemskiego, jest człowiek. Teraz bogaty. Właściciel. Władca. Japończyk. Technokrata wietrzący swoje jajka na Hawajach. A może On zawsze był bogaty? A może miał tylko dobry plan?
- Sibciej, sibciej - roześmiana gęba angola - timlidera nawiązuje ze mną kontakt wzrokowo-werbalny.

Linia

Kobiety pracujące w fabryce w trakcie I wojny światowejLinia, ludzie pracujący na linii muszą ze sobą Współpracować, są jak jeden organizm, ale chyba niezbyt żywy, nie-do-żywy. Henryk Spencer, pozytywistyczny ideolog, przewraca się w grobie pewnie. Ostatnio często o nim myślę. Uświęcająca moc pracy przestaje działać, bo Twoim sercem i mózgiem są szefowie. Jesteś trybikiem w trzeszczącej i spoconej maszynerii. Musisz pracować sibciej i sibciej. Nieważne czy myślisz, czy jesteś człowiekiem czy robotem. Twój byt sprowadza się do działania i wykonania Wielkiego Dzieła. Wypacasz Złoto, ale bez przesady, marne jak na angielskie warunki jego ilości. Trud pracy nie zbliża cię do poznania, a kamień filozoficzny chowa się za kolejnym niespełnionym urlopem, spotkaniem z bliskimi i kontaktem z Naturą. Eliksir życia powolutku wypływa z serca, sączy się niezagojoną raną, a Ty nieustraszony produkujesz złoto głupców.

Nadęta Sztuczność

Dostrzegam brudne alejki fabryczne, meandry zakrętów i ślepych zaułków, mające szeroko otwarte oczy kamer. Oprócz wielości kamer obserwuje cię bacznie szef szefa, który podlegając kilku szefom, szefuje paru hierarchiom fabrycznym niżej. Władca fabryki, podobnie jak starotestamentowy bóg - monarcha ma swoich posłańców - wielookich i groźnych aniołów. Ale nie jest to dobry bóg moich snów, jest zaledwie ikoną-straszakiem dla niezsynchronizowanych.

Szef szefa jest dumny, ze może rządzić i mówić do Ciebie „sibciejsibciej”. Lubi patrzeć jak pracujesz. Boi się Japończyków. Bo oni są wszędzie, krążą, obserwują; więcej niż obserwują, Oni widzą!

Na samym krańcu fabryki, na końcu świata fabrycznego - łerhause, magazyn. Żyje odmiennym rytmem, trąbiąco-wrzaskliwym, chyba odrobinę milszym dla ucha.

Znajdują się tam ogromne bramy, okna na świat. Jeśli się do nich zbliżysz, poczujesz powiew świata, wiatr, niosący promienie słońca. Ujrzysz też ile kurzu i ciemności kryje się we wnętrzu molochu. Ujrzysz nadętą i brudną Sztuczność. A pośród jej śrub i boksów, pamptraków i pędzących forkliftów: Człowiek, przyuczony i skuteczny, pracowity i posłuszny, przynajmniej w założeniu i w snach managerów dusz. Co znajduje się w umyśle homo sapiens fabricus? Strach? Smutek? Myśli, marzenia o lepszej fabryce, która jak matka nakarmi i uchroni przed nędzą? Czy chociaż kryzysem ekonomicznym? Niestety nie przed nędzą duchową...

Rozmówki polsko-polskie na ziemi angielskiej

- Ale chujowa pogoda dzisiaj - powiedziała Lakszmi
- Chuj, a nie pogoda - przytaknął Vodka
Rzeczywiście pogoda nie nastrajała zbyt pozytywnie, padało nieustannie już od kilku dni, wiał przenikliwy, nieprzyjazny wiatr. Nie otulał swoim ciepłem, nie niósł piękna i nadziei w swych podmuchach. Niósł złowrogie wizje Końca.
- Mam to w piździe, koniec przerwy, idziemy!
- Czekajcie! Jeszcze batonika o smaku raju sobie kupię.
I zanurzyli się po raz kolejny w bezmiar fabrycznego kurzu...