Uzdrawianie duszy i ciała
Kurs odchudzania

Wiosny czar

Nagroda
Autor pracy
Adriana_Nowicka-Polec

Jestem stosunkowo energiczną, młodą osobą. Jak mawiają znajomi: niska wesoła, uśmiechnięta blondynka. Do tego jestem także młodą mamą. Wróciłam na studia. Jedne skończyłam, drugie właśnie kończę. Staram się umiejętnie godzić obie rolę, choć nie zawsze równocześnie. Po porodzie nie wyglądałam pięknie, szczupło i olśniewająco. Mimo, że mąż słodził jak mógł, kompleksy były niczym „mały głód”, tylko metoda na głoda nie taka jak być powinna.

Dzisiaj, mam inny stosunek do siebie i własnego ciała. Zmieniłam punkt widzenia. Nie ma ideałów, a akceptację otoczenia należy zacząć od siebie. Ja się staram i wierzę, że się uda. To już moja finiszowa końcówka. Wracam do siebie. Jak sportowcy finiszują..., odczuwają największe zmęczenie, dlatego nie może się nie udać. Inny scenariusz, to nie dla mnie. Nie mam planu B. Czuję się dobrze we własnej skórze! Chęci? jest ich dużo i dam radę, energia ?... tego u nas w domu nigdy nie brakuje! Nie leję nigdy wody do sita.

Cieszę się życiem, korzystam z niego i cenię. Nie znam wartości moich bliskich, bo są dla mnie bezcenni. Uśmiecham się do ludzi, a oni uśmiechają się do mnie!

Wiosna? W końcu kilka chwil... by znowu poczuć się lekko jak kiedyś, uciec od świata trosk i móc nacieszyć się wspólnym towarzystwem ze słońcem. W rytmie dobowo-codziennych spraw, pędzę pobijając kolejne rekordy Roberta Kubicy, wracam zmęczona dziesięciobojem, mijam się z mężem i padam na łóżko, tuląc policzek do poduszki, wyrzucając zapałki spod posklejanych już prawie powiek.

Chwila na herbatę, wiosenny wieczór - to moment by celebrować więzi międzyludzkie i docenić kogo się ma obok, do kogo się nie tylko mówi, ale i z kim rozmawia, obok kogo się nie tylko dzieli sypialnię, ale też sypia, z kim się żyje, a nie tylko mieszka.

"Wiosna ach to Ty"! Patrzę jak temperatura osiąga magiczne 15 kresek na przydomowym termometrze. Uroczy, ciepły dzień, poranek jakich wiele w roku, ale ten ma to coś. Przygotowania czas zacząć, ale ale….
- Lustro, Lustro ciągle tyje!. Ja cię chyba w końcu zbije!...- eee, chyba nie jest aż tak źle…mruczę!
- Co? Włosy? Nie! - jest dobrze myślę, promienie słońca padającego w zenicie na diabelsko czerwony parapet tańczą wesoło raz po raz przesyłając odblaskowy uśmiech. Pierwszy raz w życiu cieszę się z moich prostych jak drut włosów. Chociaż raz fryzura nie przypomina jesieni średniowiecza. Mimo iż młodszy brat godzinę wcześniej uraczył mnie przebłyskiem krasomówczym, ze słowem zombie w zdaniu, e tam! Nieważne!

Siadam i myślę chwilę o mijającej zimie, której zdecydowanie nie lubimy, ani ja, ani moja skóra. Dała się nam we znaki, kiedy codziennie rano biegłyśmy na autobus, a te przemoczone buty, wrrr!! Deszcz?, jaka skóra zniosłaby kwaśne deszcze? Bo na pewno nie moja. Recepta? Myślę o słońcu, planuję i przyprawiam szczyptą domowej kuchni. Ufam domowym sposobom. Słynne drożdże czy plasterki ogórka często stawiały moją cerę na nogi po zimowym obozie przetrwania. We wczesnowiosenne wieczory obowiązkowo maseczka. Stawiam na domową jakość. Drożdże, oliwa z oliwek, ciutka mleka i kropelka soku z cytryny. Działa i nigdy nie zawodzi. Oczyszcza skórę, matuję i działa antybakteryjnie. Można dodać orzechów włoskich, będzie jak najlepszy peeeling. Moje ciało, o ironio, po zimie zawsze woła o pomstę. Na siedem warstw... rajstop, spodni i nieprzemakalnego ortalionu pomoże tylko intensywna pielęgnacja. Z domowych sposobów to kąpiel w mleku, ewentualnie ekstremalny krochmal.

Coś dla ducha? Wróciwszy do domu może wspólna gorąca kąpiel? Jesteśmy sami, błogi spokój, niezakłócany kolejny krzykiem z trzecich drzwi po lewej „Mama!!!” ….. „Tata, a bajka ?” !!! Nie muszę nic mówić. Bezcenne. W końcu nic tak nie rozgrzewa domowego ogniska jak łazienka pełna pary i wanna bąbelków. Po takim wieczorze, to nie tylko moi domownicy, ale nawet mój kot uwielbia ocierać się moją skórę.

Kolejnego dnia, wyciągam z piwnicy zakurzone łyżworolki, z których mój syn w przeciągu chwili zrobił coś, co w kształcie przypomina rakietę na kołach ciężarówki z napędem atomowym, a do tego wsadził w to coś naszego kota. Wieczorem idę jeździć, kocham krakowskie Błonia o tej porze roku. Wiatr delikatnie wdrapuję się po moim uchu, po czym wpada zdyszany, rozwiewając moją czuprynę. Nawet moje okulary na nosie falują łagodnie, nie dając się krnąbrnym oporom powietrza. Napastliwe przywołuję do porządku moją fryzurę, ta pozostaje jednak niewzruszona. Chyba pora na grzywkę.

Cuda się jednak zdarzają. Bo CUD to kompilacja - Ciało, Umysł i Dusza. Kupiłam książkę z zielonymi kiełkami w tle, a wczoraj zasadziłam pomidory. Jestem z siebie dumna. Nowalijki, na ich widok żywo uśmiecham się! Może dieta? Jednak jak czytam o ograniczaniu cukru w diecie, pochodzącego z owoców, przechodzę do defensywy. Bzdura! Próbował Ktoś kiedyś zjadać trociny z sokowirówki, po wyciśnięciu soku, albo sok bez naturalnego cukru??? Nie będę próbować. Leżę na hamaku i czytam książkę. Bryza muska mi nową grzywkę. Nabieram kolorów i budzę się do życia, ładując akumulator na cały kolejny rok!