O braku bogactwa okiem kobiety rozsądnej
Nie jestem osobą poprawną politycznie i nie wiem, czy to już/jeszcze jest modne (to znaczy „trendy”) czy nie. Nigdy też nie byłam „bogata w sensie duchowym”, bo byłam zajęta zdobywaniem tego „bogactwa w sensie materialnym”.
Ale postanowiłam napisać felieton o czymś, o czym nie mam zielonego pojęcia, czyli o „bogactwie w sensie materialnym”. Nie mam pojęcia, bo po prostu nigdy go dotąd nie miałam. Chociaż – jak po raz kolejny ten mój felietonik przeczytałam, to jest to raczej o tym, co znaczy „brak bogactwa”, a na tym, niestety się znam. Dla mnie hasło „pieniądze nie dają szczęścia tym, którzy ich nie mają” jest prawdziwe i sprawdziłam tę prawdę „organoleptycznie”. Bogactwo mojej szlachetnej duszy (cokolwiek to znaczy) niewiele (niewiele to „eufemizm”, powinno być raczej „nic”) zyskało na tym, że na przykład komornik blokuje konto, nie ma mieszkania, nie ma pracy i na dodatek trzeba korzystać z usług prywatnej służby zdrowia, żeby wstawić sobie piękny biały porcelanowy, wysokiej jakości ząb, co by błyszczał w świetle jupiterów jako „dowód sukcesu” – a może nawet i dwa zęby. Ważne jest też, żeby to „bogactwo” przyszło w odpowiednim momencie – bo czym innym jest zwiedzanie „luksusowych” zachodnich miast, ich muzeów, oglądanie ich widoczków w wieku lat 20 a czym innym w wieku lat 40. Tak, wiadomo – w normalnym państwie – „z niskimi podatkami” albo przeciwnie „w nadopiekuńczym państwie, czyli z wysokimi podatkami” – takie drobne przyjemności jak wyjazdy zagraniczne i dobre książki nie powinny być dla nikogo barierą. Ale pamiętam, że dla mnie między innymi z racji „braku bogactwa” dostęp do tych wojaży był jednak ograniczony. Dlatego patrzę na kwestię „bogactwa” poprzez pryzmat swobody i wolności. Wiem, wiem, „nikt nie jest wolny” – uczą o tym i na lekcjach religii i na podstawowych kursach filozofii. Jednak brak pieniędzy „skundla” człowieka – oczywiście może rozwijać swoje „wewnętrzne światy” i zamiast osobistego zwiedzania takiej na przykład Florencji – pozostaje czytanie przewodnika albo wlepianie wzroku w strony internetowe (o ile choć na to ma środki). A jak wiadomo, to jednak nie jest to. Ponadto, ile prac i ilu pracodawców porzuciłabym znacznie wcześniej gdybym miała pewność, że praca to tylko kolejny etap „mojego samodoskonalenia się” a nie „życiowa konieczność” – bo trzeba zapłacić czynsz albo spłacić jakieś długi. Często sobie wyobrażam takie „rzucanie pracy” z dodatkowymi „smaczkami” w postaci trzaśnięcia drzwiami i niegaszenia światła. Niestety, brak „bogactwa” to skutecznie uniemożliwiał. Górę brał rozsądek a nie „godność osobista” i „ułańska fantazja”.
I teraz sobie siedzę, siorbię kawo-herbatę i oglądam pisma kolorowe ze zdjęciami „kobiet sukcesu” oraz czytam „sponsorowane artykuły” o tym, jakie one zaradne, jakie wspierające (to znaczy wspierające tych, którzy zapewniają im stały wpływ środków na rachunek bankowy) i oczywiście, oczywiście, jakie one samodzielne i „przepojone chęcią działań charytatywnych wszelakich”. A czytam takie artykuły/wywiady wręcz nałogowo wbrew zdrowemu rozsądkowi, bo przecież taka fala zawiści na pewno mi szkodzi. Ale żeby jeszcze bardziej się zdołować niedługo muszę sprawdzić stan mojego konta. Z wypowiedzi tych kobiet sukcesu ukradnę jedną wypowiedź – „schemat”: „Nie jest prawdą to, że wszystko wydaję na botoks, prawdziwy sens bycia bogatym to możliwość pomagania biedniejszym od siebie.” I tu zwykle następuje wzruszający wykład o pomocy dla sierot i „niesprawiedliwym świecie”. Już sobie wyobrażam, jak ja również mogłabym być szlachetna i miłosierna dla całej ludzkości. Aż żal, że to poza moimi możliwościami.
Wyróżnienie w konkursie: nagrodą jest książka - niespodzianka od Grupy Wydawniczej Helion



















