Ja i bogactwo
„Gdybym był bogaczem...” - ta piosenka z musicalu "Skrzypek na dachu" na stałe zapadła wielu osobom, marzącym o fortunie i dostatnim życiu, w pamięć. I trudno im się dziwić. Codziennie przemyka mi przez głowę oszałamiająca ilość marzeń, które mogłabym zrealizować mając pieniądze. Podróż dookoła świata, dobry samochód, duży, nowoczesny dom. W moich wyobrażeniach nie ma oczywiście tylko tych suchych przedmiotów. Gdy już myślę, na co mogłabym wydać miliony (gdybym oczywiście je miała), obok mnie zawsze stoi idealny mężczyzna, słodkie dzieci, grono rozbawionych przyjaciół... A w środku tego zamętu radości i błogości jestem JA. Szczęśliwa, spełniona kobieta sukcesu. Piękna i wykształcona. Na mej idealnej twarzy nie ma żadnej zmarszczki, nieskazitelne ubrania najlepszych projektantów sprawiają, że mój cudowny nastrój nie mija.
I w tym momencie zadaję sobie pytanie, czy moim bogactwem naprawdę są te wszystkie drogie rzeczy, czy może to tylko środek do osiągnięcia prawdziwego szczęścia, jakim jest ukochana osoba, dobry humor czy lojalni przyjaciele? Co z tego, że na co dzień jestem samotna, powoli tracę nadzieję na odnalezienie tej idealnej "drugiej połówki jabłka, gruszki... czy innego owocu...”, nie przepadam za małymi dziećmi, a znajomi potrzebują mnie tylko wtedy, gdy sami mają problemy i oczekują przysługi. Ulegam złudnej nadziei, że posiadanie bogactwa w postaci określonego kapitału w banku, by rozwiązało wszystkie te problemy. To całkiem logiczne, bo media codziennie wmawiają nam, że liczą się tylko osoby "znane i sławne" – czyli te bogate; od rodziców niejednokrotnie słyszałam, że ważne jest w życiu, abym dużo zarabiała po studiach, a nawet wchodząc do sklepu nieustannie zastanawiam się, czy kupić bluzkę, czy sukienkę, bo na obie rzeczy nie starczy mi funduszy. Ciągle tylko "kasa, kasa, kasa"... Zagubiliśmy priorytety, a hierarchia wartości życiowych ogranicza się do przeliczania i konsumpcji. W zasadzie by można to już określić chorobą cywilizacyjną. Takie czasy.
Zastanawiam się jak to zmienić. Chciałabym, żeby ludzie (w tym oczywiście ja też, bo pogoń za pieniędzmi to również moja codzienność) zaczęli dostrzegać, że terminem "bogactwo" możemy określać wartości niematerialne. Miłość, przyjaźń, dobroć... to niby takie proste, ale bardzo szybko wylatuje z głowy. Musimy zacząć strać się, żeby następne pokolenia nie zapomniały na stałe, że istnieje coś poza majątkiem, i banknotami z symbolem „$”. Nie chciałabym moralizować, ale taka jest prawda. W czasach, gdy młode dziewczyny oddają się za parę butów, czy markowe spodnie i nie widzą w tym nic złego, trzeba apelować do naszego ludzkiego rozsądku. Niedługo banki zastąpią kościoły i wszyscy będziemy odprawiać zbiorowe modły do najwyższej bogini – Mamony.
A przecież bogactwem może być uśmiech mijanego na ulicy przechodnia, śpiew ptaków w letni poranek, dobra herbata zrobiona przez troskliwą mamę, radosne oczy dziecka, bukiet kwiatów na kuchennym stole. Wcale nie trzeba większych wymysłów, aby poczuć się bogatym. Doceniając to, co mamy, możemy nawet stać się najbogatszymi ludźmi na świecie.



















