Synchroniczność z Odynem w tle
Wiele spraw wymyka się w życiu z ram przyczynowo - skutkowych. Trafiają nam się "łuty szczęścia" i niesamowite "znaczące przypadki". Od wielu lat zbieram i zapisuję tzw. synchroniczności, które są właśnie owymi przypadkami… bez przypadku. Jedna z tych historii zaczęła się w Polsce a skończyła na Kaukazie. Choć skończyła nie jest odpowiednim słowem, gdyż ona nadal w jakimś wymiarze trwa.
Najpierw cofnę się pamięcią w czasie, do moich żartobliwych stwierdzeń, że na męża szukam "Wikinga". Nie chodziło mi o Skandynawa ani o mężczyznę z rogami (to wcale nietrudne do znalezienia). Pod hasłem "Wiking" krył się typ mężczyzny: odważnego, ciekawego świata, pełnego pasji, honoru i godności. Taki jak Thor Heyerdahl - pasjonat, zoolog, żeglarz, który na tratwie Kon-Tiki przepłynął Atlantyk, a potem na trzcinowej łodzi Ra dotarł z Egiptu do Ameryki Południowej.
W owym czasie zaczęłam z córką i koleżanką chodzić na Taniec Brzucha (próba nauczenia się pokory na ugiętych kolanach - OKROPNE!). Czekając na nie trafiłam do małego lombardu. Maleńki, klimatyczny sklepik ze starociami i sympatyczna starsza Pani, która zapytała mnie, czego szukam. Odpowiedziałam jej błyskawicznie: - długie, przeciągane przez dziurkę w uchu srebrne kolczyki zakończone kulistym ametystem. Zaśmiała się, mówiąc, że mam bardzo konkretne zapotrzebowanie i trudno będzie mi je zrealizować. Po chwili dodała: - a w ogóle to ametysty są kamieniami przynoszącymi nieszczęście… Zaczęłam jej tłumaczyć, że same kamienie nie mają żadnej mocy czynienia zła, chyba, że są nasiąknięte jakąś energią np. coś się wydarzyło w czasie II Wojny Światowej, czego były świadkiem. Nie wiedziałam skąd moja pewność, ale z przekonaniem patrzyłam w oczy staruszki. Zareagowała natychmiast - Skąd Pani wie? - i opowiedziała historię swojej matki związaną z ametystową biżuterią. Niemcy wyrwali matce kolczyki razem z fragmentami uszu, zerwali kolię z szyi, a pamiątkowy pierścień zdołała ukryć wewnątrz dłoni. Nigdy go nie nosiła. Po jej śmierci, gdy tylko córka go zakładała natychmiast wydarzał się jakiś wypadek…
Kiedy kończyła opowieść mój wzrok padł na tackę z różnymi starymi srebrnymi drobiazgami. Natychmiast zobaczyłam podłużną czaszkę tura lub byka. Puste oczodoły, wyrazisty pysk i rogi przyciągały mnie z ogromną siłą. Wzięłam ośniedziały wisior w dłoń i czułam, że po niego tu dzisiaj przyszłam. Starsza Pani zobaczyła, co się dzieje i cicho powiedziała: - leży tu od dziesięciu lat, widocznie czekał na Panią. Sprzedam go Pani za cenę srebrnego złomu. Oczyściła go w specjalnym roztworze i po zapłaceniu 13 złotych stałam się posiadaczką czegoś, co było piękne w swej mocy i brzydocie. Kilka minut później otrzymałam od córki kolczyki - srebrne, długie, przeciągane, z kulistym ametystem na końcu… Wisior z bykiem jak mi potem wyjaśniono był amuletem związanym z Odynem.
Odyn był najwyższym z bogów nordyckich. Odznaczał się prawdziwą mądrością - by ją posiąść poświęcił jedno oko, dając je Mimirowi w zamian za napicie się z jego studni wiedzy. Następnie Odyn powiesił się na drzewie Yggdrasil na dziewięć dni, przebity własną włócznią. Po tej próbie nauczył się osiemnastu magicznych pieśni i dwudziestu czterech run. Wielu doszukuje się tutaj związku z Chrystusem i jego ukrzyżowaniem.
Nie był to koniec historii - wisior doprowadził mnie do spotkania z zodiakalnym bykiem - terapeutą, który pomógł mi zrozumieć moje lęki przed miłością, a potem zsunął mi się z szyi - widocznie szukając nowego właściciela.
Ogromne było moje zdziwienie, gdy kilka miesięcy później trafiłam na "NIEGO" tym razem w postaci obrazów. Było to w wiosce Usghuli, na Dużym Kaukazie, w mitycznej Swaneti...
cdn...




















