Kurs odchudzania
Uzdrawianie duszy i ciała

Czekoladowa terapia

Rok temu, gdy wybuchła wojna w Gruzji ze smutkiem skonstatowałam "nici z wyjazdu".
- Co robić?
- Pisać!

Wreszcie spisać relacje z poprzednich wypraw, zebrać materiał z zapisków, przejrzeć zdjęcia, przyszykować do wystawy. Zadanie równie pasjonujące, co i pożyteczne. Zabrałam się do tego z zapałem. Zapomniałam o spaniu, wychodzeniu z domu, o jedzeniu...

Z tym jedzeniem to nie było tak do końca zapomnienie. Odczułam potrzebę żywienia się czymś prostym i nieskomplikowanym - padło na wedlowskie Ptasie Mleczko i sok grejpfrutowy... Dieta statyczna i monotematyczna. Ptasie mleczko rano, w południe i wieczorem. Smakowało i wciągało. Chrupka, gorzkawa czekolada na wierzchu i rozpływająca się miękkość w środku. Biała, delikatna waniliowość - mrrry - DOBRE... bardzo dobre...

Jeden dzień, dwa, trzy - oj wciągało. Monotematycznie i monogamicznie - tylko ptasie mleczko, tylko waniliowe i tylko wedlowskie.

Trzy tygodnie ptasiomleczkowej diety cud i powstał główny zarys Kobiet Gruzji. Był nie tylko efekt w postaci kilkunastu portretów gruzińskich kobiet, ale także kilka kilogramów ptasiego mleczka skoncentrowane w moich udach i biodrach. Książka prawie skończona a ja jak Wenus z Willendorfu lub jedna z Gracji Botticellego.

Przyszła wiosna, z nią ptaszki ćwierkające i wola ogromna wytępienia tłuszczyku, wygładzenia fałdeczek.
Jako zwolenniczka psychologii integralnej drążyłam temat. Czemu ptasie mleczko?
Znajomy dietetyk jak usłyszał o moich pomysłach żywieniowych i determinacji w pałaszowaniu owej ponętnej słodkości parsknął śmiechem. Zaczął się głośno zastanawiać:
- Ptasie mleczko, ptasie mleczko, ptasie... i... mleczko...
Zakrzyknął uradowany.
- Mam! Mam!
- Już wiem... Tobie więcej chłopa potrzeba!

Pomyślałam, posłuchałam. Wprowadziłam więcej zamiennika do diety i ochota na ptasie mleczko niepostrzeżenie znikła.
Przypomniały mi się słowa przyjaciela z Białorusi.
- Droga Anno, nie ma złych kobiet! Są tylko niedopieszczone...

Ochota na słodkości znikła, lecz kilogramy pozostały. Co z nimi zrobić?
Biegać nie lubię, diet drakońskich nie stosuję.
Kilogramy z przyjemności powstały, niech więc i przyjemnie znikną.
Pomyślałam, podumałam i... Nie na darmo Hipokrates mawiał, że podobne należy zwalczać podobnym.

Najpierw po latach wpadła mi w ręce książka "Czekolada" i wspaniały film z Juliette Binoche. Mała francuska wioska i magiczna czekoladziarnia. Piękne słowa o północnym wietrze...
Może północny wiatr wywieje moje niechciane kilogramy?
Potem klientka przyniosła herbatę czekoladową z chili mówiąc, że nie tylko smaczna ale i na przemianę materii działa wyśmienicie. Takową kawę piłam wielokrotnie, ale herbata okazała się fantastyczna.

Oczywiście główne remedium na kilogramy po czekoladkach pojawiło się także w postaci… czekolady. Tym razem zewnętrznie a nie wewnętrznie. W ramach przygotowań do kolejnej wyprawy na Kaukaz i w celu podreperowania kondycji trafiłam do sympatycznego, łódzkiego SPA Terra Rossa. Oniemiałam czytając ze zdziwieniem repertuar czekoladowych możliwości.
Peeling czekoladowy, maska czekoladowa na ciepło i zimno, masaż gorącą czekoladą. Wygładzanie, wyszczuplanie, zmysłów podsycanie...
Trochę biegania na bieżni i czekoladowe szaleństwo dla ciała w kosmicznej kapsule Power Slim działały na ciało i duszę równocześnie. Z rozkoszą wdychałam czekoladowe opary - a kilogramy same znikały...