Poradzić sobie z lękiem, który czyha w... szafie
Nie ma to jak groza zbyt małych ciuchów w szafie, co by nie wyciągnąć to zbyt ciasne. Nawet najbardziej odporną kobietę doprowadza do rozpaczy szamotanina przed wyjściem, gdy nagle nie dopina nam się spódnica i mamy żywe potwierdzenie - przytyłam! Małe wahnięcie wagi nie problemu lecz duże to żadna przyjemność.
Siebie przed laty zdiagnozowałam jako kobietę żyjącą zgodnie z księżycem - raz mi przybywa a raz ubywa. Rozwiązaniem na to stała się szafa mieszcząca ubrania w trzech rozmiarach. Szafa przepastna i całkiem zasobna, jednakże i mnie czasem wyrywa się jęk rozpaczy - znowu nie mam co na siebie włożyć! Najtrudniejszy moment następuje, gdy zbliżam się do górnej granicy wagowej i naprawdę szafa zaczyna świecić pustkami - ostatnie spodnie, swetry, luźne spódnice i najlepiej wszystko na gumkę. Po kilku miesiącach pełni księżycowej czkawką odbija się ciuchowa monotonia. Pojawia się pytanie - co dalej?
Opracowałam skuteczną metodę antyfrustracyjną - wyrzucam i rozdaję część ciuchów najmniejszych a idę sobie kupić kilka większych, takich w jakich będę się czuła dobrze i atrakcyjnie. Po latach nabrałam przekonania, iż zrobienie miejsca zarówno w szafie jak i w duszy przynosi zaskakujące rezultaty. Wiem, że to brzmi dość szalenie, ale pierwszym moim objawem rozpoczęcia chudnięcia jest wymiana ciuchów na większe i luźniejsze. Kupuję je z myślą, iż pewnie zbyt długo nie posłużą bo mają głównie walor terapeutyczno -psychologiczny. Udowadniam sobie, że mogę ładnie wyglądać i dobrze się czuć z taką okrągłością jaką mam i dzięki temu nie frustruję się tym, że "wszystko jest na mnie za małe". Ja wiem, że mam jeszcze luz w nowych ubraniach a dzięki temu zaczynam mieć także luz w umyśle i... zaczyna się chudnięcie.
Zapytałam inne kobiety jak sobie z tematem "skurczonych" ciuchów radzą i dostałam przerażającą odpowiedź - trzymają je w szafie latami z nadzieją, że schudną! Rekordzistka trzymała ciuchy sprzed trzydziestu lat i z pełną determinacją odmawiała sobie kupienia nowych, bo przecież zaraz schudnie i zmieści się wreszcie w stare. Wyobrażacie sobie trzydzieści lat frustracji i znienawidzonych ubrań?
Proces karania się przez odmawianie sobie ładnego i wygodnego ubrania jest bardzo powszechny. Niestety dotyczy także u niektórych kobiet zaniechania ogólnej dbałości o siebie i swoje chwilowo większe ciało. Odmawiają sobie kosmetyków, masażu i różnych przyjemności, jakby każąc się za to, że utyły. Pojawia się złość i niechęć do siebie a za nią jeszcze większa potrzeba samokarania... i tak spirala się nakręca.
Nie żałujcie starych ciuchów! Przewietrzcie szafy, zróbcie wiosenne porządki zarówno w nich jak i we własnych duszach a lekkość jaka się pojawi będzie więcej warta niż parę wyrzuconych zbyt ciasnych fatałaszków.
P.S. Na wiosnę kupiłam sobie śliczne tuniki i poncho. Zamaskują trochę okrągłości a ja będę czuła delikatny, furkoczący luz podfruwającej na wietrze tkaniny dając sobie czas, by chudnąć z radością, chudnąć z godnością.





















Odpowiedzi
Szafa...
Nic mi się tak nie podoba,
jak...zabytkowa szafa
- w niej...nowa garderoba...