No Fitnessland!
Nie powiem, że nie lubiłam ćwiczyć na wf-ie. Może nie byłam super sprawna jak szczupłe koleżanki, ale bardzo się starałam. Kiedy dopadł mnie kryzys, przepłakałam kilka nocy, w dodatku pochłaniając batoniki na poprawę humoru. Jednak w końcu podjęłam ważną życiową decyzję - pójdę do Fitness Clubu i pozbędę się tych kilogramów, pokonam wroga, będę silna, nie dam się! Po drodze mijałam sklepy i walczyłam z pokusą wejścia do nich... i kupienia czegokolwiek, ale udało się, co uznałam już za spory sukces. Rozpierała mnie energia, tak więc bardzo szybko przebrałam się w spodenki i koszulkę. Wyglądałam okropnie i przez moment wstydziłam się wyjść na salę. Pomyślałam jednak: "Daj spokój, lada moment, dzięki twojej wytrwałości (ha ha) i silnej woli będziesz mieć figurę bogini i już nigdy nie będą dręczyć cię podobne uczucia". Zdecydowałam - IDĘ!
Na sali ćwiczyło już kilka kobiet, ale wszystkie były szczupłe. Z początku się tym nie zraziłam, wciąż w myślach miałam przekonanie, że wkrótce osiągnę cel i będę wyglądać jak one. Rozpoczęłam więc ćwiczenia. Najpierw rower treningowy. To był pikuś. Po 15 minutach rozradowana i pewna, że już straciłam parę gramów przeniosłam się na przyrząd do robienia brzuszków. Nie mogłam się nadziwić jak te kobiety długą wykonują poszczególne ćwiczenia. Szczerze powiedziawszy mnie szło to tragicznie. W domu potrafiłam zrobić więcej brzuszków niż tu. W dodatku bardzo szybko się zmęczyłam. Jednak ja nie poddaję się tak wcześnie. Przy drzwiach znajdowała się bieżnia. Stwierdziłam, że jest to sprzęt odpowiedni dla mnie. Może i miałam rację, ale niestety gapili się na mnie wszyscy wchodzący na salę. Byłam speszona i pędem udałam się do szatni. To była moja pierwsza i ostatnia wizyta w Fitness Clubie.



















