Moja zmora odchudzania
Calineczką to ja nigdy nie byłam, co przyprawiało mnie o bezsenne noce wypełnione marzeniami o filigranowej posturze. Fakt, że miałam być chłopcem - tak wymarzył sobie mój tato, sprawił, iż walczyłam o kobiecość ze wszystkich sił. No i ... stało się. Po skończeniu podstawówki mój organizm dostał „kopa” hormonalnego. Nagle z chłopięcej, sportowej sylwetki zaczęło wydobywać się na światło dzienne coś , czego nie umiałam ogarnąć - biust! Ale żeby tam jakaś dwójeczka - od razu miseczka DD! I co ja miałam z tym zrobić? Ponadto zaczęły mocno krągleć biodra i w ogóle jakoś dziwnie zaczęłam wyglądać. Kolegom i owszem - podobało się, ale ja ukrywałam „to coś” w wielkich swetrach własnej produkcji. Suma sumarum wyglądałam raczej jak bajkowa Barbamama niż jak dziewczyna mająca kobiece atuty. Z figurą generalnie nie było jeszcze tak źle, bo jako mocno usportowiona osoba walczyłam jak się dało. Pływanie, lekkoatletyka, narty etc.
Koszmar pojawił się po drugiej ciąży. Jakoś po urodzeniu syna szybko doszłam do siebie, poza tym miałam mały brzuszek i nie tyłam „na okrągło”. To, co zostawiła mi „w spadku ”córka stało się przedmiotem mojej kilkunastoletniej walki.
Praca na dwa etaty (w porywach do czterech), dom, obowiązki życia codziennego i - totalny brak czasu dla siebie. Biust - już niestety w rozmiarze F nie dał się wcisnąć w żaden normalny wyrób państwowy. Na szczęście wymyślono wybawienie dla wszystkich kobiet, których rozmiary zaczynają się od 44 - dzianinę! To było to, co mogłam na siebie spokojnie zakładać bez obawy, że coś mi strzeli, gdy będę siadała albo wezmę głębszy oddech.
Waga nie spadała poniżej 85 - nawet nie miałam ochoty patrzeć na wskazówki.
Byłam załamana. Dieta cud numer 1, 2,3,4 - głodówki, kasze… setki gazet dla tych, które chcą mieć figurę Małgosi Niemen, potem Ilony Felicjańskiej i kolejnych top modelek z wybiegów i kolorowych czasopism. Bezskutecznie. Pamiętam, jak któraś z koleżanek poradziła mi cudowny sposób - pij wodę z solą i „bujaj się na boki” - myślicie, że nie próbowałam? Nie było takiego sposobu, który by nie przeszedł przez moje testy - i co? Waga bezczelnie wskazywała powyżej 85kg.
Załamałam się! Kogo ja się nie radziłam! Czego ja nie czytałam! Moja wiedza spokojnie wystarczyłaby na otwarcie salonu dietetycznego i apteki z preparatami na odchudzanie (miałam je wszystkie) - bez skutku. Przyjaciele współczuli, mówili - Kochamy Cię taką, jaka jesteś, nawet nie wyobrażamy sobie, jaka mogłabyś być inna…znaczy szczupła.
W końcu postanowiłam zawalczyć ze swoją największą przeciwniczką - moją psychiką. Rozmawiałam ze sobą, czytałam mądre książki o samoakceptacji i wartościach ponad wymiarem cielesności. I zaczęłam stosować sensowne ograniczenia - nie objadałam się, ćwiczyłam systematycznie, pływałam. Przestałam myśleć o mojej wadze. Poza tym uwierzyłam, ze mój partner kocha mnie właśnie taką, jaka jestem - a nie moje centymetry.
Zaczęłam się inaczej ubierać, już nie worki bez koloru, przeciwnie, dopasowane kolorowe eleganckie ciuchy, w których czułam się seksowna i atrakcyjna. Płaskie buty odeszły w kąt a na ich miejsce wkroczyły dumnie szpilki. To było fantastyczne.
Teraz czuję się bardzo dobrze. Jestem pogodzona ze swoim ciałem, bo zwracam uwagę na to, co kryje się w mojej duszy, a to jest znacznie ważniejsze.
Na koniec muszę napisać, że kiedy zmieniłam sposób myślenia i przestałam obsesyjnie myśleć o odchudzaniu - schudłam !!! Tak, właśnie tak! Waga spadła poniżej 80 kg. Czuję się naprawdę szczęśliwa. I wiecie co? Nie uciekam już w panice przed obiektywem aparatu fotograficznego i nie drę już prawie wszystkich swoich zdjęć - staram się tylko odpowiednio ustawić i już J.Wszystko zależy zatem od nas i od naszego myślenia, a waga? Niech sobie spokojnie służy w warzywniaku. (No, tak zupełnie to nie przestałam się ważyć - ale robię to z zupełnie innym nastawieniem).



















