Kurs odchudzania
Uzdrawianie duszy i ciała

Historia Ali Capone

Nagroda

Byłam wielka. Wiem, że ludzie patrząc na mnie myśleli: „Ależ ona jest wielka”. Lubiłam robić wrażenie, a wszyscy inni (czytaj wszystkie) wydawali mi się ot, tacy mali. Tak było do chwili, kiedy mnie pod strażą zaczęto doprowadzać na resocjalizację. Mój pan i władca w dniu moich kolejnych urodzin wparował do mnie z podejrzanie szczęśliwą miną i zaświergotał:
- Pusiu, zobacz co ci przyniosłem! – i z triumfalną miną wyciągnął dwa karnety do Fitness Clubu.
- Rozumiem, że potrzebujesz trochę się odrestaurować – powiedziałam zjadliwie – ale czemu dwa i czemu są niby dla mnie?
- Są dwa, bo będziemy chodzić razem, jeżeli mamy zamiar chodzić.
- Uważasz, że jestem za gruba? – spytałam z niedowierzaniem.
- Ja nic nie uważam, moi koledzy zauważają, a troszkę gimnastyki przyda się nam obojgu.

Cóż nie było dyskusji. Byłam wielka, a nawet wielcy ludzie mają słabostki. Moją był on. Miałam dopiero czterdzieści trzy lata i byłam głupio zakochana. Im bardziej ja ustępowałam - tym bardziej on się panoszył. A ja byłam jak trusia, taka naiwna. Zakupił mi torbę, która chyba ważyła tyle samo co ja, a do niej kazał upakować frymuśne różowe (!) gatki ze złotą lamówką, złotą opaseczkę, jakieś różowe trampki i bluzeczkę, która co spłaszczyła z przodu, to w niej wylazło z tyłu i odwrotnie.

- Nie idę! – zaparłam się, kiedy się przejrzałam w tym cudzie, bo o ile w moich ciuchach byłam wielka, o tyle w tym byłam rzeczywiście gruba.
- Idziemy! – zakomenderował, chwycił mnie energicznie pod rękę i zwlókł na dół po schodach, bo nie zdążyłam przytrzymać się windy drugą ręką. Do tego całego klubu było kilka kroków, więc znalazłam się tam dość szybko ciągnięta i pchana przez pana i władcę.
- Jestem instruktorem i zaraz się ślicznotką zajmę – powiedział Ken (ten od Barbi) zabierając mnie gdzieś w głąb korytarzem. Weszliśmy do malutkiego pokoiku, gdzie mnie zmierzył i próbował zważyć.
- Odwróć się – warknęłam.
- Nie mogę, muszę wiedzieć, ile ważysz.
- Odwracaj się, albo idę!
Po prostu postawił mnie na wadze jak worek kartofli! Stałam ogłuszona, a on ćwierkając z uśmiechem Kena o potrzebie diety i ćwiczeń już wlókł mnie do sali pełnej laleczek Barbi, w takich samych idiotycznych szatkach jak moje, lub w różnych stadiach odziewania tychże.
- Koleżanki pomogą ci się przebrać i pokażą, gdzie ćwiczymy i szybciutko, bo zaraz zaczynamy! – rzucił mi już biegnąc do drzwi.

„Ładne mi koleżanki” – myślałam patrząc na nie. Im nic nie wypychało się z przodu i nie wyłaziło z tyłu. Gadały ze sobą grupkami popatrując na mnie i wcale nie kryjąc uśmieszków. „Ja wam pokażę!” – postanowiłam i migiem włożyłam różowości i obcisłości. Barbi parskały już otwarcie przepychając się przez drzwi. Zadarłam głowę i ruszyłam za nimi. Każda stanęła przy wolnym drewnianym stopniu, stanęłam i ja. Uśmiechnięty żurnalowo Ken pokrzykiwał na nas w rytm muzyki wymagając rzeczy, których mój pan i władca nie śmiałby domagać się nawet w największej ekstazie. Nogi miałam powyrywane, ręce nie trzymały się w stawach, kręgosłup lędźwiowy przesunięty na miejsce szyjnego, ale przetrwałam 40 minut nawet nie jęknąwszy. Tymczasem pełnia szczęścia – muzyka umilkła i Ken powiedział: Dziękuję. Zerwałam się z podłogi, na której byłam rozpłaszczona i pognałam w stronę drzwi. Tymczasem ten sadysta złapał mnie za rękę i pchnął w stronę innych drzwi. Okazało się, że ta cała mordęga to była tylko rozgrzewka, odrobina aerobicu, jak mnie poinformował wpychając do Sali Tortur. Uśmiechnięte Barbi już stały przy wymyślnych machinach służących zapewne do łamania kości, rozciągania kołem i innych sposobów wymuszania zeznań. Panika zawładnęła mną do tego stopnia, że drżącym głosikiem spytałam oprawcę, gdzie mogę iść siusiu.
- Korytarzem w prawo. – odpowiedział i dodał – Tylko nie myśl o ucieczce, bo przed wyjściem musisz przejść przez siłownię dla mężczyzn. Tam ćwiczy twój chłopak.

„Cholera, cholera, cholera” powtarzałam w myślach rozglądając się po malutkim kibelku – oczywiście jak dla Barbi. Gdybym usiadła w kabinie z pewnością wyszłabym razem ze ściankami obciśniętymi na moich biodrach. Na szczęście nie chciałam siusiu, chciałam tylko uciec, ale jak. Faktycznie, tu pilnuje Ken, a tam zawróci mnie mój piękny, który ostatnim posunięciem stracił wiele ze swego uroku. Byłam zdeterminowana. Do domu miałam blisko, mogłam gwizdać na szatnię, jakoś przelecę. A moje ciuchy? E tam, oddadzą. Złapałam rękami parapet okienka, które było na wysokości mojej głowy, kolanem oparłam się o umywalkę, która podejrzanie zatrzeszczała i hej! Siup! Wywindowałam się na tenże parapet. Wystawiłam głowę, kibelek był od tyłu, nikogo nie widać, przepchnęłam piersi i stop! Biodra się oczywiście zablokowały! Po kilku nerwowych ruchach udało mi się cofnąć. Położyłam się na boku, nogi zwisały gdzieś bez oparcia i centymetr po centymetrze tylko z dwoma rozdarciami na gatkach przepchnęłam się na drugą stronę. Oczywiście omal nie skręciłam karku, bo parter był wysoki, a ja wyskoczyłam jak korek z butelki i zamiast zatrzymać się na parapecie zewnętrznym - przejechałam po nim i stoczyłam się ciężko na plecy. Leżałam tam jak przewrócony żółw i nie mogłam złapać oddechu. Kiedy doszłam do siebie, powędrowałam utykając w różowych gatkach wokół mojego bloku do klatki schodowej. Jakimś cudem nikogo nie spotkałam.

Kiedy weszłam do mieszkania - nie padłam bez sił na kanapę, o nie! Zapakowałam plecaczek ukochanego, nie zapominając o żadnym drobiazgu i zadzwoniłam do niego, żeby natychmiast przyszedł. Rozłączyłam się, nie wdając się w wyjaśnienia, jakim cudem znalazłam się w domu. Kiedy tylko usłyszałam windę wyrzuciłam plecaczek na korytarz i dokładnie zamknęłam drzwi. Tak bardzo się cieszyłam, że nie zdążyłam odebrać kluczy, które właśnie dla niego się dorabiały. Dobijał się, zaklinał, błagał, ale ja już zmądrzałam. Nie na darmo nazywam się Alicja Capone. Ucieczki zawsze mi wychodziły. Do następnego razu.

Odpowiedzi

Świetnie się czyta. Gratuluję

Świetnie się czyta. Gratuluję poczucia humoru.
Ula M.

Super tekscik - czyta sie

Super tekscik - czyta sie pieknie :) poprosze o wiecej ....