Wielka ucieczka Ali Capone z basenu
Cholera, cholera, cholera! Nie ma możliwości, żebym zmądrzała. Zadzwonił dupek raz – odłożyłam słuchawkę, zadzwonił drugi – odłożyłam, za trzecim się zlitowałam i usłyszałam:
- Aluś, tak nam było dobrze, brakuje mi ciebie.
- No jasne – warknęłam – brakuje ci mojej kuchni i poduchy.
- Skądże – wyskamłał – tak cię kocham.
- Jak tę zadrę w dupie – nie wytrzymałam.
- Przyjadę, musimy pogadać.
Zgodziłam się. I tak nie mam teraz nikogo, niech tam. Przyjechał z moimi ukochanymi czarnymi różami. Ostatecznie można się z nim pokazać, w łóżku przynajmniej czwórka plus, pozwoliłam łazędze zostać. No i wymyślił:
- Chodźmy na basen.
- Przecież nie umiem pływać.
- Kotku, już załatwiłem karnet, będziesz się uczyć, a może i schudniesz ciupinkę przy okazji, bo to woda wyciąga.
- Uważaj, żeby cię znowu nie wyciągnęło z mojej chałupy.
- Kochanie, ja nie mówię, że dużo, ale parę deko, żebyś była idealna.
Ta gadzina zawsze wie jak mnie podejść. Spakował mi kostium, nawet nie dał go obejrzeć, jakiś super czepek i zawiózł bezwolną jak cielę na rzeź. Właściwie zgodziłam się trochę dlatego, że a nuż rzeczywiście jakiś przystojny cudotwórca nauczy mnie pływać, poza tym uwielbiam wodę.
Już w szatni, nie mówiąc o prysznicach przestało mi się podobać. Czułam się jak opona wśród szprych od roweru. Giętkie szesnasto- osiemnastolatki prężące smukłe kibicie to niekoniecznie jest dla mnie budujący widok. A jeszcze pod prysznicem jakaś wyjątkowo stara, (około trzydziestki) baba spoglądała na mnie tak dziwnie, że bałam się schylić po przysłowiowe mydło,żeby jej co nie przyszło do głowy.
Wyjęłam ten piękny kostium i czepek - następny szok. Chyba nawet moja babcia nie włożyłaby tego cudu komunistycznej techniki z wielkich gumowych kwiatów! Trudno, włosy będą w chlorze. A i w kostiumie o trzy numery za małym wyglądałam jak drożdżówka lekko wyrosła z formy. Przeżyję, idę na salę. Omal nie wpadłam do wody zobaczywszy około dwustukilowego ratownika, który obleśnie "pomagał" dziewczynom. Odwróciłam się do wyjścia, a tam mój ukochany krzyczy do mnie:
- Nie bój się wody, pan ci pomoże!
Oczywiście wszystkie oczy skierowały się na mnie. Myślałam, że umrę ze wstydu. Czerwona, z zawziętą miną wlazłam do wody unikając włochatych łap, które za wszelką cenę próbowały "pomóc". Robiłam co kazał i słuchałam komentarzy np. o tym, jak tłuszcz ładnie unosi się na wodzie. Bezczelne szproty. Ponieważ wyjście było zatarasowane przez mojego lubego, odpływem się nie przecisnę, więc powoli - ale skutecznie manewrowałam zbliżając się do przeciwległego krańca basenu i ściany z napisem: wyjście awaryjne. Gdy mi się to udało wychlupnęłam razem z taką ilością wody, że pojechałam na niej w pięknym stylu wprost do tego wyjścia. Oczywiście na brzuchu, bo jakby inaczej. Poślizg miałam taki, że walnęłam ramieniem w tylne drzwi i wyleciałam na ulicę. Wyhamowałam na trawniku, skąd pozbierał mnie bardzo przystojny strażnik, jak się okazało nie tylko miejski, ale i mój. Jak zaczęłam opowiadać, błyskać golizną i trzepotać rzęsami - odeskortował mnie do szatni, pozbierałam się i jeszcze zostałam przez niego odwieziona do domu. Nawet się ze mną umówił, a jest o dobre dwadzieścia lat młodszy. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło!




















