Kurs odchudzania
Uzdrawianie duszy i ciała

Mam na imię Ewa i jestem jedzenioholiczką (II)

Na swoim koncie mam spory dorobek w dziedzinie odchudzania. Góra – dół. Sukces-porażka. Dwa kilo na minus, pięć na plus. Cholerny efekt jo-jo umiłował mnie ze wszech miar, a ja po wielu latach zmagań z dodatnim bilansem energetycznym w końcu poddałam się. Promyk nadziei zaświecił kilka dni temu. Czyżby dane mi było odzyskać kontrolę nad moim ciałem?

Stuknęła czterdziestka

A wraz z nią na mojej osobistej wadze pokazała się szokująca, okrągła liczba! Przenigdy nie spodziewałam się, że mogę doprowadzić się do takiego stanu! Ja? Ja, Ewa, tyle ważę? Rozumiem, może za jakieś 20 lat, ale teraz? Kiedy sobie zrobiłam taką krzywdę? Jak to się stało?

Robiłam kretynkę z siebie przez jakiś czas, ale w końcu musiałam przyznać się do winy. Wiem co się stało. Po wielu latach dbania o stałą wagę, po coraz częstszych porażkach z tym związanych w ostatnim czasie, pomyślałam, że muszę sobie odpuścić – bo przecież nie mam już 20 lat i widocznie czas pogodzić się z innym metabolizmem. Kupiłam większe ciuchy, porzuciłam marzenia o sylwetce sprzed kilku lat, a mijając lustra, dyplomatycznie odwracałam głowę.

I to mnie zgubiło! Akceptując mój wygląd, zaniechałam jakichkolwiek starań o figurę. Rozgrzeszyłam się. Odpuściłam sobie. Przestałam się kontrolować. I nawet nie wiem kiedy przekroczyłam kolejne –dziesiąt. Ogarnęła mnie czarna rozpacz. Nie umiałam niedawno zrzucić nawet 3 kilogramów, a teraz mam się zmagać z dziesięcioma? Jakim niby sposobem mam to osiągnąć? Babo ty głupia, i co teraz?!

Świadomość posiadania wyglądu foki to jedno, a motywacja do zmiany tego wizerunku to drugie. Bo skąd wziąć motywację, skoro ostatnie akcje odchudzające spełzały już na niczym? Tu potrzebny jest cud!

I stał się cud

Pewnego razu wylewałam wirtualnie łzy do wirtualnej skrzynki przyjaciółki. Ta cudowna, cierpliwa kobieta czytała moje żale, a gdy doszłam do biadolenia nad moim tłustawo-ospałym ciałem, znalazła dla mnie radę. Medycyna niekonwencjonalna – to jest to, co jej pomogło i może pomóc mnie. Uczepiłam się tej myśli – akupunktura, ostatnia deska ratunku! Nigdy wcześniej nie czerpałam korzyści z medycyny chińskiej, chociaż szczerze wierzyłam w wiedzę i doświadczenie ludzi Wschodu, które zdobywali przez tysiące lat. I nagle olśniło mnie, że przecież mogę z tych dobrodziejstw skorzystać.

Oczami wyobraźni widziałam wizytę u specjalisty. Uroczy, przemiły, skośnooki pan wita mnie od progu. Długo ze mną rozmawia, niekoniecznie poprawną polszczyzną. Pyta o wszystko, co może być związane z moim zdrowiem, z samopoczuciem. Sprawdza mój puls, ogląda język (wiem, że tak się robi – od czego mam internet!). Ufam temu człowiekowi. Nie pogania mnie, nie zerka na zegarek. Stawia diagnozę, wszystko wyjaśnia. Jest tam po to, żeby mi pomóc. Potem nakłuwa mnie igłami, chociaż tu moje wyobrażenia nie są jasno sprecyzowane – nie mam przecież pojęcia jak to będzie wyglądało. Ale wiem, że będę leżała z igłami wbitymi w bliżej nieokreślone punkty mojego ciała, w przytulnym pomieszczeniu o ciepłych kolorach, rozświetlonym płomykami świec i przepełnionym subtelnym zapachem trociczek.

Jednak świadoma, iż skośnooki wybawiciel nie przyjdzie do mnie, zaczęłam poszukiwania w necie. Nie zdziwiłam się w sumie, że w moim mieście są trzy takie gabinety na krzyż. Bo to dziwne miasto, które w wielu aspektach zasługuje na miano wiochy. Nie trafiłam na żadnego Chińczyka, który medycynę Wschodu wyssał z mlekiem matki. Musiałam zadowolić się rodakiem przeszkolonym na kursach. A że było ich wiele, a on piastował wysokie stanowisko w towarzystwie zrzeszającym speców od akupunktury, pomyślałam, że trafiłam dobrze. Rozmowa telefoniczna utwierdziła mnie w tym przekonaniu. Zostałam zapewniona, że oprócz rozmowy, nakłuć igłami, zostanę dokładnie poinformowana jak i co mam jeść oraz jakie wykonywać ćwiczenia. Jeśli będę współpracować, to sukces murowany. Pewnie, że będę współpracować! Nie mogłam doczekać się już tej 40-minutowej wizyty, tak odmiennej od tych, które zaliczamy w publicznych przychodniach.

I po cudzie

Z pracy wybiegłam tego dnia jak poparzona. Miałam mało czasu – przecież czeka mnie akupunktura. Znalazłam tę kamienicę, nacisnęłam dzwonek. Otwarł mi facet po 30-tce, sztywny, grzeczny niejako z przymusu, wbity w garnitur. Wpuścił mnie do mieszkania, w którym było kilka pokoi i pyta – Pani do kogo? Zbieram myśli, jak ten lekarz się nazywał? A w między czasie zastanawiam się czy ten sztywniak pod krawatem to radca prawny czy ubezpieczyciel, który wynajmuje tu biuro. Rzucam zziajana nazwisko lekarza. Okazuje się, że to on!

Zaprasza mnie do gabinetu. Białe ściany, biurko, łóżko drewniane za parawanem. Łapie mnie za nadgarstek, sprawdza tętno. Spogląda na mnie podejrzliwie. Tłumaczę, że jestem zmęczona, bo biegłam do niego. Pyta, z czym do niego przychodzę. Mówię mu o pragnieniu zrzucenia kilku kilogramów, narzekam, że często się męczę, chociaż to pewnie z powodu tej nadwagi. On mnie szybko i oschle wyprowadza z błędu – To jest pani interpretacja. Zaczynam czuć się coraz mniejsza. Wieje chłodem, nie ma tego przyjaznego uzdrowiciela z moich marzeń. Ktoś dzwoni do drzwi. Lekarz wstaje tłumacząc, że musi otworzyć następnemu pacjentowi. Mijając mnie rzuca – Proszę pokazać język. Wystawiam ozór nieśmiało a on rzuca na niego niedbale spojrzenie. W przelocie, między biurkiem a drzwiami!

Zaczynam się denerwować, zastanawiam się, po kiego grzyba tu przylazłam. Siedzę grzecznie na białym krzesełku a pan doktor rozmawia z jakąś kobietą, którą wpuścił i z jej... psem. Rozmawiają kilka minut na temat wyżła jak prawdziwy psiarz z psiarzem. Ja dalej na tym krzesełku. Spec od aku wraca do mnie. O, jak milo! Zadaje kolejne pytania natury medycznej. Próbuje mnie zdiagnozować, chociaż nie dowiaduję się, co mi ewentualnie dolega. Znów na chwilę wychodzi. Za ścianą z kimś rozmawia. Chwila robi się denerwująco długa. Wraca, przeprasza, tłumaczy się grzecznie acz chłodno i wychodzi. Czuję się jeszcze gorzej niż na wizycie u tych opłacanych z NFZ-u. Ale jestem cierpliwa i wyrozumiała. Czyli frajerka. Kolejny raz wraca, zapowiada, że teraz mnie nakłuje i opowie o żywieniu. Rzucam moje ciało na łóżko za parawanem. Dowiaduję się, że to nie będzie bolało, jedynie poczuję jakby ukąszenie komara. W myślach nie mogę powstrzymać się od złośliwości – Przecież nie czuje się ukąszeń komarów. Po chwili trzy igły sterczą mi z brzucha, a dwie zdobią moje pięty. Mistrz załącza jakiś mini sprzęcik grający, stojący w kącie, gasi część oświetlenia i zaleca pośpiesznie, żebym teraz poleżała spokojnie i relaksowała się. A sam... no zgadnijcie, co robi – znów wychodzi!

Ok, no to relaksuję się. Zamykam oczy i próbuję przenieść się w innym wymiar. Nie wychodzi. Z cherlawych głośniczków grającego pudełka wydostaje się, jak się domyślam, tak zwana muzyka relaksacyjna. Jakieś pobrzękiwania hindusko-jazzowe, które działają mi bardziej na nerwy niż relaksują. Białe ściany pokoju biją chłodem, część oświetlenia, która nie została wyłączona, irytuje jarzeniowym światłem. Nie ma świec, nie ma trociczek z moich wyobrażeń. Zamykam znów oczy – Relaks, mała, relaks. Ale nic z tego. Za ścianą słyszę wyraźną rozmowę mojego lekarza z pacjentem. Rozmawiają o trawieniu. Ewa, reeelaks, nie słyszysz ich – próbuję skupić się na sobie, rozluźnić się, uśmiechać się do swoich myśli. Nieudolną próbę zrelaksowania przerywa szanowny pan doktor, wpadając do mojego pokoju. - Wszystko dobrze? Mam tam człowieka, któremu musimy pomóc. Jak wrócę, to porozmawiamy o diecie.

Wraca. Wyciąga igły, zaprasza do biurka. Podaje mi kartkę z wydrukowanymi wytycznymi i instruuje co mam jeść, a czego jeść mi nie wolno. Ameryki nie odkrywa. W końcu jestem „specjalistką od diet wszelakich”, więc to żadna nowość, że trzeba jeść dużo ryżu, kasz, warzyw i chudych mięs, a cukier jest białą śmiercią. Rozmawia ze mną, wstając z krzesła. Niepostrzeżenie znajdujemy się przy drzwiach. Uświadamiam sobie, że minęło 40 minut. No tak! Pan doktor mnie dyplomatycznie wyprasza – mój czas minął. Na odchodne jeszcze pytam zawiedziona – A co z ćwiczeniami? Przecież przez telefon mi obiecał o nich opowiedzieć! Zniecierpliwiony odpowiada, że na następnej wizycie. Ja mu na to z wielką dumą chwalę się, że od niedawna powróciłam do ćwiczeń, chadzam też z koleżankami z pracy pograć w ping-ponga. Obrusza się na to, wyrażając wielką dezaprobatę. Robi ze mnie kalekę, która musi zapomnieć o tak forsownych(?!) ćwiczeniach. Na razie zaleca mi jedynie Jogę lub Tai-Chi. Co takiego?! Ledwo znajduję czas, aby dwa razy w tygodniu zaraz po pracy zejść piętro niżej z dziewczynami, żeby poodbijać piłeczkę w firmowej siłowni, a on mi tu wyjeżdża z Tai-Chi? Będę dalej pocić się i śmiać do rozpuku, świetnie bawiąc się przy stole ping-pongowym i ty mi chłopie tego nie zabronisz!

Lekarz bierze kajet i nie pytając, czy mam ochotę na kolejne wizyty, proponuje następny tydzień. O, figa z makiem! Nie zobaczysz mnie pan więcej – przeklinam go w myślach, przytakując jednocześnie grzecznie na jego propozycję. Kasuje ode mnie siedem dyszek i staję się dla niego niewidoczna, ponieważ w przedpokoju stoją już następni ludzie.

Czas zejść na ziemię

Wracałam od niego, moknąć w deszczu. Boksowałam się z myślami. Pomstowałam na tego cholernego medyka. Miałam zamęt w głowie – miał być cud, miała być motywacja, miał być pozytywny kopniak a tu jedno wielkie nic!

Trawiłam tę porażkę dwa dni. Dnia trzeciego zapadła decyzja. Korzystając z mojego bagażu doświadczeń i wiedzy jaką mam o żywieniu, zdecydowałam się na rozsądną, niskokaloryczną dietę. Postanowiłam też, że będę ruszać tyłek nie tylko po to, by zajrzeć do lodówki. Muszę odzyskać dawaną kondycję, żeby nie czuć się jak kawał drewnianego kloca. Nie chcę już czuć się staro i niedołężnie. Koniec!

Trudna droga przede mną – wiem. Boję się, że nie wytrzymam, że zniechęci mnie brak szybkich efektów, że góra frytek albo fajne ciacho wygrają z moim duchem walki. Boje się, ale i cieszę, że w końcu znalazłam siłę, żeby znów podjąć walkę. Tak to jest z nami, jedzenioholikami.

***
Przedruk z serwisu babskicomber.pl za zgodą Ewy Inn

Odpowiedzi

ech, skad ja to znam...

ajaja = pomijając temat odchudzania i związanych z tym perypetii , które są o jakże mi dobrze znane .. opis tej wizyty pasuje jak ulał do mojej niedawnej wizyty u irydologa- zielarki.. Skuszona opisami koleżanki , ze świetnie można wyleczyć się z alergii , poszłam na wizytę ... Sztywna Pani spojrzała mi głęboko w oczy ( irydolog diagnozuje z oczu ) przez jakieś 15 sekund . Potem zaczęła szybko opowiadać jak wyuczoną lekcje o rożnych dolegliwościach które się u mnie znajdują . Wszystko to pasowało do możliwych dolegliwości w moim wieku ,z moja postura : a wiec problemy z opuchnięciem nóg, jelitami , wątrobą i tu zaskoczenie - arytmia serca. Ale arytmia taka kompletnie nieważna, drobiazg po prostu , nawet jej wyczuć się nie da.. Gwoździem programu stały się jednak nerwy - to one sprawiają mi jak największe dolegliwości.. Oczywiście nie da się leczyć wszystkiego na raz- najpierw zajmiemy się nerwami .. a potem.. po następnej wizycie... Po 10 minutach wyszłam z karteczka i lista ziół , które z rozpędu nabyłam w zielarni w której wizyta się odbywała..W domu ochłonęłam i lżejsza o 120 zł ( wizyta i zioła ) , zorientowałam się ze jakoś nie było mowy o problemie ze stawami ( właśnie po operacji ) , a mój największy obecnie problem alergie- z którą do pani przyszłam po prostu zignorowano.. Miałam dokładnie takie same oczekiwania- zrozumienia, milej atmosfery i chęci pomocy.. widać jednak namnożyło się jak grzyby po deszcz u specjalistów od medycyny naturalnej i trafić na prawdziwego specjalistę.. naprawdę graniczy z cudem...

Szkoda naszego czasu i pieniędzy na pseudolekarzy

Droga Ewo,

mnie również niedawno stuknęła 40. Ale nie wprawiło mnie to w stan zniechęcenia, rozczarowania czy bezczynności. Przeciwnie, postanowiłam cieszyć się życiem, korzystać jak najlepiej z jego uroków i być dla siebie bardzo wyrozumiała. (Nie będę dla siebie już surowym rodzicem)Też chcę schudnąć, już nawet mam na swoim koncie pewien sukces: 12 kg mniej. Ale co najważniejsze nie sprawia mi żadnych trudności niejedzenie słodyczy, jak to zrobiłam? Dużo się naczytałam o tym, jak niezdrowe, a wręcz zabójcze jest połączenie tłuszczu i węglowodanów, jak w wyniku tego powstaje drożdżyca, a że akceptuję siebie i chcę dla siebie jak najlepiej, postanowiłam odżywiać się jak najbardziej zdrowo: suróweczki przyprawione ziołami, smaczne rybki i chude mięsko. I chodzę sobie na silownię i na basen, a jak się poprawi pogoda, to rozpocznę długie spacery.
Trzymaj się dzielnie i myśl o tym, że zasługujesz na to, co najlepsze, a w tym się mieści zdrowe smaczne jedzonko. I nie wydawaj pieniędzy na szarlatanów, sama poczytaj sobie kilka poradników, trochę literatury psychologicznej (o nierozwiązanych problemach i nie wyrażonych emocjach), a efekt będzie wkrótce widoczny. Możesz też znaleźć kogoś, kto uporał się już z tym problemem, może zechce być Twoim mentorem. Powodzenia

Serdecznie pozdrawiam
Calineczka

Ja tuż...

Za rok i miesiąc też stuknie mi 40 lat. To magiczna granica, za którą zostawiamy młodość? Chyba tak... Jeszcze nie wiem. Dowiem się za jakieś dwa, trzy lata.
Ważę 60,5 kg i mam 166 wzrostu. Był czas, gdy ważyłam 92 kg i nie mogłam sobie zawiązać butów.
Chciałabym zrzucić kilka kilo do wiosny, bo czuję się z tą wagą źle.
Trzymam kciuki za wszystkie Puszyste.
W każdej kobiecie jest piękno. Waga nie ma tu nic do rzeczy!

pani powyżej przeczy samej sobie

pisze, że waga nic nie znaczy, a wystarczy przeczytać to, co napisała

PANI Z POSTU POWYŻEJ PRZECZY SAMA SOBIE :((

I TYLE

Piękno nie jest wagą - piękno jest kobietą

piękno nie jest wagą - piękno jest kobietą...

Cóż, sama wypowiedź tej pani jest swoistym zaprzeczeniem - ale najwidoczniej nie akceptuje swej wagi, natomiast akceptuje ją u innych.
Moim zdaniem piękno nie zależy od wagi i w żadnej mierze nią nie jest.

ale zaraz zaraz

czy nie można czuć się piękna i być jeszcze piękniejsza? czy tylko mamy wyznacznik Brzydka -ładna? Moze pani chce być jeszcze ładniejsza mimo ze czuje się ładna. To jest tak jak ze zdrowa osoba mimo ze ma energie siłe i tak korzysta witamin, suplementów diety itp. A ktos pomysli po co? A po to by utrzymać to zdrowie. Moze Pani chce nie chce spoczać na laurach? Cos ze soba zrobic...Oceniacie ja po jednym wpisie...

Nie oceniamy.

Najwyraźniej rozmyślamy:)

Coś o dupsku w przejściu...i takie tam wspominki

wzloty i upadki ...Po trzydziestce zakręt życiowy i spadek wagi właściwie przypadkowy ...pierwsze cztery kilogramy ..z 67 kg ...pochwały znajomych "schudłaś ładnie wyglądasz " zawsze uchodziłam za puszystą więc była to miła odmiana .Pomyślałam ok poszłam za ciosem -wymyśliłam dietę cud na bazie sałaty i kurczaków ...zwłaszcza sałaty .To była patologia 600 kalorii dziennie do tego normalna praca i codziennie godzina intensywnej gimnastyki i codziennie godzina pływania na basenie .Wzruszenie gdy kupowałam ciuchy w rozmiarze 36...płacz bliskich "zabijasz się" .W ubraniu wyglądałam chyba dobrze.Życzliwi "masz buźkę jak by cię z Oświęcimia wypuścili dzieci możesz nią straszyć "i "od kiedy jesteś chuda jesteś wredna " Zaczęły się problemy ze zdrowiem..Pomyślałam dobra stopniowo wejdę na 1200 kalorii .Pierwszy szok -gwałtowny skok wagi ,byłam chuda ale nie chciałam tyć w takim tempie .Szukałam pomocy u specjalisty dietetyka w państwowym szpitalu...zamiast mi pomóc odsyłał minie do psychologa niby anoreksja. Kułam uszy(lekarz) niby akupunktura .Próbę ziółek też mam za sobą, miały powodować zmniejszenie łaknienia a wywoływały jedynie biegunkę .Wagę utrzymałam mimo wszystko kilka lat nie jadłam pieczywa więc ...za kromkę chleba mogłam pobić ....chleb śnił mi się po nocach.Odpuściłam..Stopniowo coraz większe ubrania ...w końcu w moim ulubionym sklepie carry usłyszałam że mają rozmiar dla kobiet tylko do XL ,dla mężczyzn nie ma problemu są nawet 3XL. Na zajęciach fitnessu instruktorki mimo wszystko chwalą mnie bo podobno świetnie daję sobie radę ,jest to bardzo miłe zważywszy że tuszą i wiekiem znacznie odstąję od innych kobiet i dziewcząt.Mam 46 lat i dobijam 100 kg żywej wagi .Wczoraj młoda mamuśka w autobusie (czasem ,dobrze że rzadko ,muszę korzystać z tego środka lokomocji ) zamiast grzecznego PRZEPRASZAM walnęła tekst "stoi z tym dupskiem w przejściu......"