Mam na imię Ewa i jestem jedzenioholiczką (I)
W całym moim dorosłym życiu systematycznie wojowałam ze zbędnymi kilogramami. Wojna zawsze była zacięta, aczkolwiek w ostatnich bitwach coraz szybciej wystawiam białą flagę i z coraz większym trudem podejmuję kolejną próbę.
Młodość nie wieczność
Pamiętam doskonale czasy, gdy wystarczyło zjeść kilka cukierków mniej, żeby zrzucić zbędny kilogram czy dwa. Było to dwadzieścia lat temu. Piętnaście też. I dziesięć lat temu nie było to jeszcze takie trudne. Kiedy stwierdzałam, że tu i ówdzie mam za dużo ciała, to ograniczałam jedzenie, pomachałam trochę nogami na dywanie i waga leciała w dół. Najważniejsze było to, że nie trzeba było szybko czekać na efekty, a to dodatkowo mobilizowało do dalszej pracy nad sylwetką, z której i tak, odkąd pamiętam, nie byłam zadowolona! Dziś myślę sobie, że byłam niezłą kretynką, skoro kręciłam nosem na to, co wtedy widziałam w lustrze.
Na kurze udko!
Mój główny problem polega na tym, że nie umiem zrezygnować z dobrego (czytaj tuczącego, szkodliwego) jedzenia. Gdy w końcu zdecyduje się na dietę, przejdę dzielnie przez pierwsze, najtrudniejsze dni „odwyku”, to wtedy już jestem przekonana, że rzuciłam na zawsze Złe Żarcie. Już wiem, że będę uważać na to, co wkładam do ust, już czuję się na tyle silna, żeby powiedzieć „nie” pokusom. Ależ ja wtedy jestem mądra! Oczywiście do czasu, aż nie nadejdą jakieś święta lub spotkanie towarzyskie. Wtedy mówię sobie „aaa tam, to tylko jeden wieczór, jutro znów wrócę do dyscypliny”. Ale jak to w takich sytuacjach bywa, „jutro nigdy nie umiera”. Daję sobie tydzień, wmawiam sobie, że ten kilogram, który ponownie przytyłam zrzucę, skoro umiałam go zrzucić wcześniej, a potem jest już tylko gorzej. Wniosek? Jestem jak każdy –holik! Kocham Złe Żarcie, próbuję je rzucić, ale ono jest silniejsze!
Szczerze wkurzam się na myśl, że powinnam rzucić je definitywnie. Liczenie kalorii, odmawianie sobie uciech kulinarnych, rezygnacja z potraw, które lubię – i tak do końca życia? Na kurze udko! Czy i z tego należy zrezygnować? Życie składa się z tylu kompromisów, wyrzeczeń i trudów, a tu jeszcze muszę wprowadzać rygor na własnym talerzu? Rygor dożywotni?! A najgorsze jest to, że im starsza jestem, tym mój organizm jest krnąbrniejszy. Ja w niego dietą a on nic! Ja w niego ćwiczeniami, a on nadal nic. Ja wkładam coraz więcej wysiłku w to, żeby chodziło mu się lżej po tym świecie, a on nie pozwala spalić ani jednej tkanki tłuszczowej! Nie wzrusza go już ani rozsądna dieta połączona z wysiłkiem fizycznym, ani kretyńsko-drakońska dieta-cud. A było ich sporo.
Specjalistka od diet wszelakich
Kto? No oczywiście, że ja! Liznęłam już chyba większość diet, podtrułam organizm najpopularniejszymi specyfikami w saszetkach i tabletkach. Popadałam ze skrajności w skrajność. Były i cudowne zupki w proszku i koktajle, również cudowne. Były tabletki hamujące łaknienie, były też te wypełniające żołądek. Wyciąg z ananasa w tabletkach, a to chrom, a to błonnik. Jeśli chodzi o diety, to mogłabym napisać opasłą księgę, tak opasłą, jak niejeden jedzenioholik, który po spektakularnym zrzuceniu znienawidzonych kilogramów, przybiera na wadze w równie spektakularnym tempie.
Oczywiście to nie jest tak, że jestem wciąż na diecie jakiejś. Że łykam świństwa na okrągło, w dzień nie schodzę z wagi łazienkowej, a nocą zasypiam z tabelą kaloryczną pod poduszką. O nie! Te moje akcje odbywają się raz na jakiś czas, gdy dochodzę do ilości kilogramów, których już nie mogę zaakceptować.
Było już kilka diet polegających na spożywaniu posiłków wg listy. Dieta selerowa czy też dieta kalifornijska – kiedyś działały dziś są psu na budę. Był też gotowany ryż z jarzynami. Była dieta białkowa li tylko. Była dieta zgodna z grupą krwi. Była słynna zupa Olka Kwaśniewskiego - znam rzesze kobiet, które jadły to świństwo, składające się z kapusty, selera naciowego i innego zielska – tfu!
Od kilku tysięcy kalorii do zera
Na szczególną uwagę zasługuje „dieta optymalna” dr Kwaśniewkiego. Dawno temu przekonała mnie do niej koleżanka. Przygotowałam się teoretycznie do zmiany kuchni i myślenia o jedzeniu, kupując książki lekarza–szarlatana (jak go pewnie nazywają inni lekarze), a gdy je przeczytałam i uwierzyłam w tę teorię, wdrożyłam ją w życie. Ha! To dopiero było wyzwanie! W kąt poszły węglowodany a na talerzu zagościł tłuszcz w najczystszej postaci! Jaja jadłam tuzinami, potrawy przygotowywałam na smalcu, nauczyłam się jeść te tłustości bez zagryzania chlebem czy też ziemniakami, za to ochoczo zdobiłam je majonezem. To dopiero hardcore'owe żarcie było! I nie chodziło tu bynajmniej o samą chęć schudnięcia, ale i o poprawę jakości życia, lepszą kondycję i długie życie w zdrowiu. Kiedy dziś o tym pomyślę, to mam wrażenie, jakbym dała wciągnąć się w sektę a z mojego mózgu ktoś zrobił sieczkę. Dr Kwaśniewski był moim guru a ja głosiłam jego chwałę.
Spytacie jak szybko wykończyłam mój organizm tą dietą? Tu Was muszę rozczarować. Kiedy zdecydowałam się na to kontrowersyjne odżywianie, zrobiłam sobie badania krwi, po to, by powtórzyć je za jakiś czas dla porównania. Po kwartale skrajnie tłustego jedzenia, po całkowitym wyłączeniu owoców, warzyw, po odstawieniu wszystkich węglowodanów, po sporadycznym spożywaniu białek – czyli po przewróceniu do góry nogami tego, co wszyscy lekarze uznają za racjonalne, zdrowe żywienie, powinnam zejść na zawał lub wylew lub w najlepszym razie przytyć jak gęś tuczona na pasztecik i czuć się podle. A tymczasem schudłam wiele kilogramów a wyniki badań krwi były rewelacyjne! Dobry cholesterol, zły cholesterol, trójglicerydy, OB, krwinki – wszystko wzorcowe i o wiele lepsze niż sprzed diety. Czemu więc do dziś nie jestem na tej diecie? Po pół roku zatęskniłam za absolutnie zakazanym chlebem. A zdając sobie sprawę, że oszukiwanie byłoby w tym wypadku katastrofą dla mojego organizmu, zrezygnowałam z „Kwaśniewskiego”.
Całkowitą skrajnością było inne posunięcie, na które zdecydowałam się dwa razy. Głodówka. Kolejne ekstremum! Też w sumie ktoś mnie do tego kiedyś namówił, a jako zachętę w prezencie dostałam książkę na ten temat. Zrzucenie kilku(nastu) kilogramów? Oczyszczenie ciała? Rozmowa z duszą? Przełamanie własnych słabości? Poznanie siebie? Czemu nie?!
Kochani, to jest dopiero próba! Pierwszy dzień owocowy – więc nie jest źle. Ale pięć następnych dni już tylko woda, woda, woooda... i jeszcze raz woda. Po owocowym dniu żołądek dopomina się już o jakiś sensowny wkład, a tu nic! Pierwszy dzień właściwej głodówki to masarka! Ciało szaleje, żołądek ryczy ze wściekłości, w głowie huczy, nerwy w stępach, nasz babski PMS przy tym to pikuś! Drugi dzień to totalne osłabienie. Funkcjonuje się jakby w zwolnionym tempie. Jakoś tak słabo, jakoś dziwnie... tak inaczej. W trzeci dzień, o dziwo, wszystko wraca do normy. Nie czuć już głodu, nie ma tego obrzydliwego osłabienia, nie wzrusza widok jedzenia, wraca skupienie i sprawność. Ostatnie dni głodówki to magiczny czas. Cała ta głodówka to magia – człowiek faktycznie mierzy się z siłami, z którymi wydawałoby się, że wygrać nie może. A jednak. Wygrywa i to bez uszczerbku na zdrowiu. I pal licho te kilogramy, które przy tym tak pięknie się gubi (a potem odzyskuje), ale warto przeżyć tę głodówkę, żeby lepiej poznać swoje ciało i swój umysł.
***
Przedruk z serwisu babskicomber.pl za zgodą Ewy Inn





















Odpowiedzi
oj
O matko! to cała ja......
i ja tez ;/FE
i ja tez ;/FE