Upalna przemiana

Generalnie lubię spędzać lato w mieście - tak jest od lat, odkąd tylko wpakowałam się w korporację i jako "najmłodsza stażem" dawałam się rolować "starszym" względem urlopu; kiedy z niej wyszłam - z lekka od lata w mieście byłam uzależniona, tak jakoś zostało do tej pory.

Nie planuję szumnych wakacji na Karaibach, bo nie znoszę tłumów na plaży - a dla mnie odpoczynek to przestrzeń i cisza, niekoniecznie w najmodniejszych zakątkach świata. Nie mówię - "za korporacji" miałam zupełnie odmienne zdanie, ale było to jakieś jedenaście lat temu, więc co tu gadać - byłam inna, miałam inne plany, pragnienia, marzenia, priorytety, systemy wartości.

Bywało, że do "koncernowej" pracy wychodziłam z samego rana - zakuta w garsonkę, grzeczną bluzkę, pończochy, zakryte buty na wysokim obcasie (na bieliznę firmowy dress code się nie zawziął). Wracałam wieczorem - i tyle było z upału. W innej - bardzo luzackiej firmie - ubiór był dowolny, ale czas pracy jak wcześniej - zatem nie odczuwałam upału. W ubiegłym roku lato było chłodne i raczej deszczowe, a ja stałam się wolna od pętli etatu - nie posmakowałam więc przybytku dodatniej temperatury. Dopiero w tym roku - zupełnie z zaskoczenia, gdyż nie zapoznaję się z prognozą pogody - lipiec pokazał mi, co potrafi. Pierwsze dni żaru z nieba potraktowałam z przymrużeniem oka. Przystąpiłam do rozmaitych (wcześniej odkładanych) prac - w tym do mycia okien w mieszkaniu. Łaziłam na długie spacery, dziwowałam oblężeniu wszelkich basenów, telewizyjnym relacjom z plaż.

Wczoraj jednakże z trudem wlazłam na trzecie piętro budynku pofabrycznego, co prawda taszcząc półtora litra wody i pudło pięciokilogramowe z babskimi drobiazgami - moje ciało samo zatrzymywało się na półpiętrach i wołało o litość. Kiedy zrobiłam, co miałam zrobić - wbrew wszelkiej logice pognałam na pizzę. Jaki upał? Jestem głodna! Lokal nie był opuszczony, chętnych na smakowitości było sporo. Tylko, że w połowie jedzenia poczułam się jak smok, który zaraz pęknie. Smok, który przeżarł sam siebie. Smok, z którego zaraz wyprawią zdobny gobelin. Ślimacząc się do domu - miałam wrażenie, ze wlokę za sobą ogromny ogon. Nie zdziwiłam się, gdy nagle wyludniły się ulice.

Tylko najodważniejsi spoglądali na przemarsz smoczycy ze swych okien, która omal nie legła w ukropie na pasach. Pchana przez siłaczy - cudem przemknęła przez kamieniczną bramę - po to, by złożyć swój cielec w cienistej cudowności. Przez przypadek spiła wodę z dopiero co odkrytego strumienia. Zetrze ślady swych łap z wielkiego nabrzeżnego kamienia. Nigdy nie odkryją kto wyżłopał źródło jeszcze nie wpisane do rejestru miastowego mienia.

Odpowiedzi

Ja "odkryłam" jesienne

Ja "odkryłam" jesienne urlopy, też przez pracę .. maja swoja magie bo jest wtedy mniej ludzi.. ale... kiedy są takie upały... znów marzy mi się wielki las, jezioro i namioty ... i ten czas kiedy nie wychodziło się z wody , na śniadanie jadło się jagody , a na wieczór smażona rybkę i żaden upał nas nie dogonił :) Dzisiaj zamiast jeziora i lasu mam w pracy klimatyzacje, nie powiem żeby mnie ten zamiennik napawał radością, ale lepsze to niż moje mieszkanie tuż pod dachem ... mogę zacząć sprzedawać bilety do sauny .. ja chcę do LAAASUUUU :)))))