Ucieczka Ali Capone ze szponów miłości
Dłużej tego nie wytrzymam, jakem Ala Capone. Trzeba się jakoś potwora pozbyć, zanim zeżre całkiem moje poczucie własnej wartości i wydali je jako kolejną porcję nawozu użyźniającą jego ego. Fajnie mi się napisało, nie?
Tak pytałam sama siebie siedząc na kibelku. Może dlatego do głowy przyszły mi właśnie takie skojarzenia w odniesieniu do mojego samca. Owszem jest lawmaszin (cholera wie jak to się pisze), owszem, jest super przystojny, owszem, jest mój własny, ale charakter ma całkiem spaczony. I to nie przez mamusię, o dziwo. Przez tak zwane koleżanki, których całe tabuny kręcą się po naszej, to jest mojej dziupelce. Jak która przyjdzie to słychać tylko: Misiaczku dolać herbatki, Misiaczku, dołożyć sałatki, Misiaczku ładną serweteczkę ci wyhaftowałam? I mnie się też chce haftować, niekoniecznie serweteczkę.
Po pierwsze Misiaczek jest mój i tylko ja mu mogę wlać, ewentualnie dołożyć, po drugie Misiaczek zamiast się pławić w ich uwielbieniu powinien skakać wokół mnie, a nie skacze, tylko jeszcze grymasi. Ci którzy czytali moje poprzednie opowieści to wiedzą. Po trzecie widocznie coś z kobiety jeszcze we mnie tkwi, bo chcę się od niego uwolnić. Jak wiecie zrywałam z nim już sto razy, co się psu na budę zdało. Wracam jak pieprzony bumerang i żyć bez Misiaczka nie mogę. Potem próbowałam czarów. Pojechałam specjalnie aż do Kolumny, bo wiem, że tam mieszka autentyczna czarownica, która już wiele w damsko - męskich sprawach zdziałała. Wiecie, że ona ma nawet czarnego kota, który jest z piekła rodem bo umie jakoś tak charczeć, jakby pies szczekał (a może to kotopies?) i jeszcze się nazywa nomen - omen Misiaczek. Byłam więc pewna, że mnie uwolni, a ona podumała tylko nad miską z dymem, popatrzyła na mnie i mówi: Ty głupia, na Misiaczka nie ma sposobu - i wskazała mi drzwi. Nawet pieniędzy ode mnie nie wzięła.
Pojechałam do domu jak niepyszna, po drodze dochodząc do wniosku, że pozostaje mi tylko odebrać sobie życie. Wyczekałam, aż Misiaczek pójdzie do pracy – według mnie to raczej się wybrał do roboty, bo był pachnący i wyszorowany, ale mnie to już nie obeszło. Nalałam pełną wannę wody, przeżegnałam się, uroniłam łezkę pod tytułem: żegnaj Misiaczku i wlazłam do wanny. Wsadziłam głowę pod wodę, nogi mi podjechały do góry. No, myślę sobie, koniec twojego nędznego żywota. Akurat. Jak zaczęłam się naprawdę topić i machać tymi nogami, jak wyrżnęłam się w łydkę o kran, tak natychmiast znalazłam drogę do korka i odetchnęłam z ulgą, że żyję.
Za długo ulga nie trwała. Miałam jeszcze kilka godzin, żeby przypomnieć sobie wszystkie wiarołomstwa Misiaczka i znów spróbować. Wsadziłam głowę do piekarnika, uroniłam łezkę, powiedziałam: żegnaj Misiaczku, odkręciłam maleńki gaz, żeby nie czuć smrodu zanim umrę i siedzę. Posiedziałam trochę, widzę, że nic się nie dzieje, więc postanowiłam zanim tego gazu najdzie zapalić sobie. I zapaliłam. Jak na tak minimalną ilość gazu rąbnęło nieźle. Kuchenka do remontu, a ja mam pół włosów opalone, ale co tam. Na tamtym świecie nikt włosów nie ogląda. Spróbuję jeszcze raz. Złapałam pierwszą fiolkę z lekarstwami z brzegu, już nie żegnając Misiaczka, bo może to on pecha przynosi chapnęłam sporą garść. Upozowałam się, nawet różę w rękę wzięłam i czekam. Nie trwało za długo. Musiałam się zerwać i lecieć znów do kibla. Najadłam się laksigenu, zamiast prochów nasennych. I żyję.




















