Uzdrawianie duszy i ciała
Lemurband
Kurs odchudzania

Ucieczka Ali Capone ze ślubnego kobierca

Koniec przygód, koniec wolności. Mojemu najukochańszemu grozi eksmisja od mamuńci, która sprowadza sobie swoją mamuńcię, a z dwoma nawet największy maminsynek i pieszczoch nie wytrzyma. Zagłaszczą na śmierć.

Nie ma biedaczek gdzie się podziać, więc chyba z rozpaczy zamiast się powiesić poprosił mnie o rękę! Zawsze myślałam, że to nie o rękę mu chodzi, a tu proszę – taka niespodzianka. Zgodziłam się natychmiast, bo jeszcze się rozmyśli i będzie jednak wolał sznur, albo co... (albo kogo). Wyobrażałam sobie nie raz, jak klęczy przede mną dzierżąc bukiet co najmniej z dwudziestu pięciu „czarnych” róż, bo muszą być nie do pary, coby nieszczęścia nie sprowadzić i brylant wielkości przepiórczego jaja... A on ot, tak, przy kawie po prostu rzucił od niechcenia:

- to co? Podpiszemy kontrakt i zameldujesz mnie?
- Jaki kontrakt? - zbaraniałam.
- No, w urzędzie. Ponoć chcesz męża, że o dzieciach nie wspomnę.
- Czy ty mnie prosisz o rękę, czy mi się zdaje? - spytałam.
- No muszę, to proszę. Idziemy?
- Chwila, moment. A gdzie moje róże i brylant?
- Dziewczyno, to nie Harlequin, to życie. Kasy nie mam, a mamcia nie dołoży na pierdoły.
- Pierdoły? Moje róże i pierścionek?
- Nie złość się, to mamcia tak mówi, to nie ja – wycofał się.
- A wesele? - chciałam, żeby wszystkie małpy były zaproszone i zazdrościły.
- Oj, wesele to będzie całe życie. Kilku kumpli do knajpy możemy wziąć, na parę piw jakoś wyskrobię.
- A obrączki masz?
- Tobie jak dać palec, to zaraz chcesz całą rękę capnąć. Na razie jest produkt zastępczy, jak mamcia zmięknie to kupi. Wiesz, że nie jesteś jej ulubienicą.
- Nasza miłość z twoją mamcią jest wzajemna, więc nie ma sprawy. Idziemy.

No i poszliśmy. A co miałam robić? Cały czas się bałam, żeby mu ochota nie przeszła. Co prawda z każdym krokiem i moja ochota na wieczną niewolę malała, bo co będzie jak się znów jakiś strażnik miejski trafi? Ale z drugiej strony jak się nie ma, co się lubi... Nie od rzeczy był też argument, że będę stale miała Żarka na oku, a wierzcie mi, że upilnować go to trudniejsze niż pilnowanie bandy przedszkolaków, coby do lizaka nie sięgnęły. I tak wędrowaliśmy do urzędu, jedna Alka pchała mnie naprzód, druga ciągnęła do tyłu, ale jakoś zaszliśmy. Dzięki Bogu i „Zaraz po” nie dosłownie! Na razie wystarczy mi to jedno dziecko choć nader wyrośnięte i rozwinięte na schwał. Oczywiście fizycznie.

Załatwiliśmy zgrabnie termin, potem powiadomiliśmy rodzinkę i znajomych. Z wywieszonym ozorem obleciałam wszelakie babsztyle, żeby żadnej nie pominąć mało ducha nie wyzionęłam. Niech się wściekają! Nasłuchałam się, że jednak się zdecydował... Ale nie na żadną z nich! Moja mamunia ze szczęścia, że jednak mimo jej ciągłych przepowiedni nie zostanę starą panną dokonała mi zakupu garsonki (pożal się Boże!) a ja i tak się ucieszyłam, że chociaż różowiutka jak prosiaczek, to chociaż nie z krempliny! ...Chociaż na ślubny bukiet to już się Żarek musi zrujnować – obiecał więc pewnie dotrzyma. Słowa, jeśli już je od niego wydusić, raczej dotrzymuje. Żeby on tak trzymał na wodzy swojego ptaszka jak słowo, to może byłabym szczęśliwą panną młodą, a tak jak jest, to ja wcale nie wiem, czy to najlepszy pomysł z tym ślubem. Poza tym jak mi się zagnieździ, to ciężko będzie plecaczek za drzwi wystawić, a rozwody takie drogie!

W końcu nadszedł wielki dzień. W różowiutkim toczku i garsonce, okrąglutka, wyglądałam jak beza z lukrem. Żarek wisiał u mojego boku, ale okiem jak zwykle strzygł na wymalowane małpy, które stawiły się w komplecie, coby nie przeoczyć widowiska. Matko kochana, co ja robię, co ja robię? Nie podpiszę! Ucieknę! Przez głowę przewalały się coraz to inne pomysły. Kiedy mój przyszły wlepił cielęcy wzrok w wielki biust baby z łańcuchem, nie wytrzymałam. Wielkie drzwi za nami były zamknięte, jednak w ścianie za stołem prezydialnym były jakieś małe uchylone drzwiczki. Och! - pisnęłam i schyliłam się jakbym czegoś szukała. Dałam nura pod stół, przelazłam na drugą stronę gubiąc cudny toczek i rzuciłam się w te drzwiczki. Gdzieś za sobą usłyszałam harmider – pewnie nie mogli mnie znaleźć pod stołem, chyba nie zauważyli gdzie się podziałam. Ale fajnie! Za drzwiczkami było ciemno jak u przysłowiowego Murzyna... pod nosem. Kiedy je całkiem zamknęłam nie widziałam nic. Zaczęłam macać wokół i coś musiałam przycisnąć, bo zaczęłam się zsuwać w dół. Kiedy się zatrzymałam znów pomacałam dookoła i cholera! Wróciłam na górę! I znów na dół. Byłam chyba w jakiejś windzie, tyle, że malutkiej. No tak. Przecież to stary pałac pofabrykancki, później urząd – to była winda kuchenna. Straciłam już orientację czy jestem na górze czy na dole, kiedy drzwiczki się otworzyły i omalże nie dostałam miotłą w łeb. Portierka, pewna że to jakiś szczur szamocze się w windzie, postanowiła go upolować. Otworzyła drzwiczki szybkim szarpnięciem i walnęła miotłą z całej siły. Na szczęście sprasowała tylko bukiet, nie mnie. I tak już nie był potrzebny. Pomogła mi się wygramolić, trochę mnie otrzepała, uśmiała się i za niewielką opłatą zgodziła się powiedzieć Żarkowi, żeby wszystko odwołał. Może u mnie mieszkać, ale bez ślubu. A ja zadowolona z siebie wróciłam tramwajem do domciu. Ludzie jakoś dziwnie na mnie patrzyli. Pewnie podziwiali te przykurzone różowości. A co mi tam. Widać mamuni przepowiednie mają moc prawną – zostanę jednak starą panną. A może nie? Może mi się trafi królewicz na białym koniu? A może strażnik miejski?