Podatkami zlikwidują problem otyłości?
Gazeta Wyborcza z 2 kwietnia 2010 roku informowała o metodzie, dzięki której Szwedzi zamierzają walczyć z nadmiernym spożyciem słodyczy i coraz powszechniej występującą u nich plagą otyłości oraz złymi nawykami żywieniowymi (aż 25% wartości energetycznych, które przyswajają młode osoby do 15. roku życia pochodzi ze słodyczy i małowartościowych przekąsek). Wprowadzenie podatku od cukru w słodyczach i napojach w celu przeciwdziałania otyłości zdaniem cytowanego w artykule „Szwecjo, opodatkuj cukier” profesora Lennarta Levi nie rozwiąże wprawdzie problemu otyłości szwedzkiego społeczeństwa, ale może doprowadzić do zmniejszenia konsumpcji cukru, która wynosi 17 kg rocznie. Ten wskaźnik Szwedzi uznali jak widać za wysoce alarmujący i podejmują starania, by zmienić ten niepokojący stan. 10% chorobliwie otyłych dorosłych obywateli nie jest dla nich przecież powodem do dumy. Szczerze mówiąc, Szwedzi zawsze jakoś mi się kojarzyli z wysportowanymi wysokimi ludźmi o zdrowej sylwetce, a nie z narodem osób otyłych.
Spodobało mi się, że niektórzy myślą o wykorzystaniu uzyskanych z podatku od słodyczy pieniędzy do obniżenia podatków od warzyw i owoców. Każdy przecież wie, że spożywanie nieprzetworzonych warzyw i owoców jest najzdrowsze! To się nazywa polityka prozdrowotna i troska państwa o kondycję fizyczną obywatela! Wykorzystanie mechanizmów ekonomicznych do obniżenia zbyt dużego spożycia cukru wydaje mi się dobrym pomysłem.
To Szwecja – kraj o najwyższych co prawda podatkach (średnie obciążenie podatkowe to 47,8%), ale też sprawnie funkcjonującym systemie zdrowotnym i dobrej opiece socjalnej, o której przeciętny Polak może tylko marzyć. A jak to wygląda u nas? Jacek Pawlicki – autor artykułu o próbie opodatkowania cukru i produktów cukierniczych podaje, że statystyczny Polak spożywa rocznie ok. 40 kg. Czyli, że bijemy Szwedów na głowę. I to dwukrotnie. Czy ten fakt jest dla kogoś wysoce niepokojący? Dla pracowników służby zdrowia, polityków czy naszej edukacji? Nasuwa mi się od razu widok szkolnego sklepiku w gimnazjum i rzesze nastolatków kupujących słodkie przekąski, chipsy i batoniki. Owszem, w celu oddania sprawiedliwości muszę dodać, że są tam też zdrowsze soki i napoje oraz chrupki kukurydziane bez dodatków konserwantów, ale gro sprzedawanego asortymentu stanowią wyroby o dużej zawartości cukru. I to na terenie szkoły, która powinna przecież edukować na wielu płaszczyznach, także w zakresie zdrowego odżywiania, a nie tylko pobudzać rozwój intelektualny i emocjonalny. Ale są także przecież nieubłagane prawa rynku…. A jakby tak ustawą wymusić, że na przykład 90% sprzedawanego asortymentu powinno należeć do wartościowej żywności: owoce, warzywa, chrupkie pieczywo oraz przekąski o obniżonej zawartości cukru i tłuszczu? Ale jak by to wyglądało w praktyce? Uczeń ma zajadać gotowaną kalarepkę i chrupać surową marchewkę czy rzodkiewkę? Ma się rozkoszować na przerwie sałatką z selera i brokułów? Z owocami nie ma na szczęście takiego problemu. Przed pomysłowymi producentami żywności mogą otworzyć się więc duże możliwości.
Usłyszałam kiedyś nieco ironiczne powiedzenie: „Są trzy rodzaje śmierci: sól, cukier oraz lekarz pierwszego kontaktu.” Sól staram się ograniczać ze względu na obciążenia rodzinne chorobami nerek, lekarkę sama sobie wybrałam i jestem z jej fachowości zadowolona, a z przetworzonego cukru świadomie zrezygnowałam. Uczyniłam to po fascynującej lekturze książki neurochirurga i psychiatry Davida Servana-Schreibera „Antyrak. Nowy styl życia.” Autor przekonał mnie logicznymi argumentami i przykładami wziętymi z życia, że spożywanie cukru może się przyczyniać do powstawania chorób nowotworowych. A że od zawsze byłam i jestem czytelniczką wprowadzającą mądre rady z przeczytanych publikacji w czyn, to drastycznie ograniczyłam konsumpcję cukru. Stosuję też pewnego rodzaju reżim: nie kupuję nawet cukru czy ciast i ciasteczek dla gości. Nie jestem jednak despotką, a na pewno nie bardziej niż niektóre kobiety ciągle rozprawiające o różnego rodzajach dietach i ich cudownych właściwościach (i zmuszające innych do wysłuchiwania tego) i do których jakoś nie chcą trafić argumenty, że osoby mające trochę ciała mogą się dobrze czuć ze swoją figurą. Co do moich zwyczajów: moi goście mają do wyboru miód albo soki, mogą więc przyswajać cukier w nieco zdrowszej formie, a ja mam czyste sumienie, że nie podaję im rzeczy szkodliwych. W zamrażalniku staram się mieć zawsze mrożonki (uwielbiam kalafior, brokuły i fasolkę szparagową) i gdy zjawią się niespodziewani goście, jest kwestią 15 minut przyrządzenie lekkiego, a zarazem pożywnego posiłku. A może zostanę jeszcze edukatorką ds. żywienia? Pracy mi na pewno nie braknie, ponieważ nawyki żywieniowe młodych ludzi nie należą niestety do najlepszych, a nie stać nas jako państwo na takie programy profilaktyczne, jakie zastosowano chociażby w Holandii, gdzie edukuje się rodziców dzieci ze znaczną nadwagą w kwestii zdrowego odżywiania się. Najlepiej więc poczuć się odpowiedzialnym za swoje zdrowie. Na razie zaczęłam od edukacji własnej osoby: wyeliminowałam z jadłospisu rzeczy zbędne i niezdrowe, nie kupuję ciast, ciasteczek ani batoników. Dzięki temu schudłam z rozmiaru 52 do 46 (nawet w niektóre 44 się już mieszczę!) i poczułam się zdrowsza. I piękniejsza. Czego wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom portalu kobietapuszysta.pl szczerze życzę.



















