Miejsce niedozwolone
Ano właśnie. Dostałam mandat i to pierwszy w ciągu pięćdziesięciu lat, jakie przeżyłam. Nie dość, że pierwszy, to jeszcze i sprawiedliwie i niesprawiedliwie. Jak to możliwe? Było to tak.
Przechodziłam przez jezdnię trzy metry od przejścia dla pieszych. Nie mogę powiedzieć, żeby nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło. Na wprost mojego bloku jest komenda, do której często przyjeżdżają radiowozy. Przejście jest odrobinę dalej i często nie chce mi się cofać do niego i z powrotem po drugiej stronie ulicy. Przechodzę więc kawałek od przejścia, a goście i pracownicy naszej komendy są na tyle mili, że przyhamowują, kiedy wędruję im przed nosem. Czasem się śmieją, czasem któryś pogrozi mi palcem, więc nigdy nie odczuwałam takiego przechodzenia jako popełnienia zbrodni i złamania praworządności. Do czasu.
Chciałam przejść ulicą Traktorową jakieś dwa, trzy metry przed przejściem dla pieszych, przed którym stały samochody. Ostatni z nich to radiowóz. Właśnie przed tym ostatnim przebiegła kobieta, później przeszedł młody chłopak, za którym szłam ja. Kierowca wychylił się do mnie i krzyczy: Proszę wejść na chodnik i zaczekać! Niczego nie podejrzewając ja, głupia baba stanęłam na chodniku i czekam, jak on się wycofał i podjechał do miejsca w którym stałam. Wysiadł i mówi:
- Dokumenty proszę!
- Dlaczego? - pytam zdziwiona.
- Przechodziła pani w niedozwolonym miejscu.
- Przecież to było tuż przy przejściu, a ja się spieszę. Jestem opiekunką, idę do apteki, proszę mi darować – to było zgodne z prawdą.
- Mówiłem, żeby wrócić na chodnik i nikt nie słuchał. Pani też. Proszę dowód.
- To niesprawiedliwe. Czemu nie dostał mandatu chłopak, który szedł przede mną?
- Nikogo nie widziałem. - odpowiedział najspokojniej w świecie. Podeszłam więc do młodego policjanta, który z nim jechał i spytałam:
- Pan też nikogo nie widział?
Spuścił głowę i nic się nie odezwał. A ja wróciłam do podopiecznego zapłakana i z mandatem. I sami powiedzcie: sprawiedliwie, czy nie? A może po prostu trafiłam na kogoś, na kogo podziałał urok młodego chłopca, a mój nie?





















Odpowiedzi
Jolko, dobrze że nie przymknęli Cię w celi
... może obawiali się, że jako Kobieta Puszysta za dużo im zjesz, a Twoi goście, same Kobiety Puszyste - dopadną policyjną spiżarkę. Osobiście, by zadomowić się w danym miejscu - muszę w nim zjeść... Póki nie zjem, nie jestem z miejscem związana.
Kiedyś dostaliśmy mandat, za skręt do hipermarketu na czerwonym świetle, w jakimś ciągu aut, skręt był - oczywiście przyznaję - bezmyślny i głupi i zrobił się jako rezultat podążania za stadem. Mówimy: ale wiele innych jechało... A ONI odpowiedzieli: ale wy byliście ostatni. To było jakieś 10 lat temu. Twój przykład wyraźnie wskazuje, że metoda "na ostatniego" nadal ma się świetnie - po prostu kwitnie.