Uzdrawianie duszy i ciała
Kurs odchudzania

Bo w pralni skurczyli mi ciuchy

Wpadam zziajana do Ciotki Lukrecji - a ta, na wstępie - jak zwykle perfekcyjna figurzystka, elegantka wielkiej maści i znawczyni wszelki diet - ocenia: Aleś Ty się spasła, całe szczęście Twój ukochany wujek tego już nie widzi, mam nadzieję, że nie zerka na Ciebie z zaświatów! Twoje ciało to rodzinna porażka!

Patrzę na nią zdumiona - przecież byłam tu dwa dni temu, widziała mnie i nic nie mówiła - ale najwidoczniej wtedy była grzeczna, bo jej spiżarka domagała się dostawy wszelkich zapasów, których to pochłaniania Ciotka mogła się swobodnie dopuszczać, albowiem posiadała wielki dar: cudowną przemianę materii, a na dodatek była zrodzona z chudej matki i jeszcze chudszej babki.

Ciotka Lukrecja zawsze serwowała słodkie ciastka i gorzkie słowa: No wiesz, masz taki apetyt, ile mam furgonetek słodyczy ci domówić? Uwielbiałam jednak tę kobietę za cudowne dzieciństwo, jakie mi dała - i wszelkie żałosne wkręty jej darowałam, chociaż zawsze kilka dni po wizycie tkwiły mi w sercu. Popatrz no na mnie - znowu zaczęła - i powiedz mi szczerze co się stało z tamtą szczupłą dziewczyną... I chodź no tu, dopnę ci marynarkę... oj cholercia, nie dopnę... pęka w szwach... co ty żresz, gdzie żresz i jak żresz... Matko Przenajświętsza, zapanuj nad jej głodem nim ducha wyzionę... Ależ Ciociu - odparłam zakłopotana, ostatnio wszystkie garsonki skurczyły mi się w pralni, nawet ich za to opierdzieliłam... Czy uznali reklamację? - wtopiła we mnie swe błękitne przepiękne oczęta. A że nie uzyskała odpowiedzi, dowaliła: Pączusia na drogę czy miedziaki na Makkwacza? Na ile chcesz porcji?

Ciotka Lukrecja nie zostawiła tematu w spokoju. Co prawda, nie dopinałam się w firmowe dresscodowe cuda, ku rozpaczy własnej i szefów, co swego czasu postanowili wystawić mnie na "front office", a ku mej rozpaczy i zgrozie postanowili nie przemieszczać na "back office", gdyż w tamtych fabrycznych regionach kryła się korporacyjna kuchnia, a szpiedzy szybko donieśli o mych wyjątkowo przyjaznych relacjach z kucharką.

By oszukać Ciotkę Lukrecję - poczęłam maniakalnie nabywać i nakładać na siebie workowate swetrzyska i rozciągliwe spódnice. Któregoś wieczoru zdarzyło mi się przysnąć w jej wypaśnym fotelu, a gdy się ocknęłam - na stole czekała tylko kawa, jednakże atakował mnie zapach słodkich bułeczek... już za nimi wodziłam nosem... już byłam tak blisko... gdy nagle zza ściany wyłoniła się Ciotka Lukrecja i przywaliła mi torbą wypchaną słodkościami po mym - znowu głodnym - łbie...