11 złoty(ch)
Wystraszyłam się. Jak nic - znalazłam przeterminowane awizo na nazwisko ciotki i wujka, ale nie byłoby paniki, gdyby nie fakt, że oboje nie żyją od ponad dziesięciu lat. Santa Madonna - pomyślałam - czyżbym nie dopilnowała spraw związanymi z księgą wieczystą? A może ciotka - w charakterystycznym dla siebie chaosie - dokonała kilku zapisów jednocześnie i teraz, po tylu latach, odnaleźli się tacy naiwniacy jak pewnie teraz ja? Co robić? Cóż, ponieważ ewidentnie było już "po terminie" odbioru przesyłki, wymyśliłam że zadzwonię do kierownika placówki pocztowej i poproszę, by podano mi skąd ta niecna korespondencja przyszła. No i zadziało się - usłyszałam, że przez telefon niczego mi nie powiedzą, co nawet wydało się słuszne, ale z racji że nie znoszę wypadów w "tamtą" część miasta - posłałam w myślach kilka siarczystych epitecików.
Następnego dnia zwlekłam swe piękne obłe ciało i ruszyłam w "podróż". Na poczcie - jak zwykle (akurat) "tam" - kilometrowa kolejka (od lat akurat ta placówka nie ma pojęcia jak opanować zawijasa). Pani była miła i sprawdziła, że w pościg za Świętej Pamięci ciotką i wujkiem ruszył sam Urząd Miasta Łodzi, ze wskazaniem konkretnej ulicy (ale bez wydziału). No to skierowałam się na Centrum. I zaczęło się: oczom mym ukazał się piętrowiec - urzędowiec. Pomyślałam, że są dwie opcje: albo czynią porządki we wszelkich księgach - albo domagają się kasy. Pierwszy pokój na parterze: opowiedziałam historię z mieszkaniem w tle, ale okazało się, że to "pudło" - z którego zostałam przekierowana do innego pokoju, w którym dla poczucia, że coś załatwiam, zostawiłam akt własności - ale i tam nie trafiłam na ślad pisma. Jednakże poradzono mi udać się na piętro III - do działu egzekucji. No to pukam i mówię: "Dzień dobry. Przyszłam do Państwa w sprawie duchowej. Szukacie wujostwa, które spoczywa w pokoju jakieś dziesięć lat. Oni są niewinni. Jeżeli cokolwiek się stało, to znaczy że to moja robota". Zdarzyło mi się głupio zaśmiać i miałam wrażenie, że urzędnicy odebrali to jako radość ze spadku - a to raczej był śmiech samego Franza Kafki, wpakowany niespodzianie we mnie z zaświatów. Po sprawdzeniu w bazie danych okazało się, że nikt w zasadzie ani duchów... ani mnie nie ściga - ale dla potwierdzenia odesłano mnie na piętro niżej, razem z Kafką oczywiście - który całkowicie się nasycił, gdy wyszło, że piętro II to królestwo nie z tej ziemi, czyli w żadnej mierze nie "osób fizycznych" - ale czemu nie, sprawa spotkała się z zainteresowaniem urzędniczek, które bardzo chciały pomóc mi w wydostaniu się z pułapki postępowania administracyjnego i obdzwoniły wszelkie możliwe gabinety, po to by ostatecznie ustalić, że wysłany był monit z tytułu zaległości w opłacie księgowieczystowej w wysokości 11 złoty(ch).
Szkoda tylko, że Urząd wycenił dzień z mojego życia na taką śmieszną kwotę. Z drugiej strony tylko Urzędowi zawdzięczam emocjonalny powrót do czasów żywota ciotki i wujka oraz zderzenie z duchem jednego z największych pisarzy wszechczasów. No i teraz sobie zapamiętam, że co roku winnam wpłacać do Urzędu 5 złoty(ch) i pięćdziesiąt groszy. Jeśli nie zapomnę, więcej nie będzie "czołgania". Albowiem obowiązek urzędowych opłat uiszczania istnieje od dziejów zarania.
















