Ucieczka Ali Capone z sanatorium
Tym razem urządziła mnie mamusia. Wymyśliła, że jestem za gruba (jakby ona była chudsza) i załatwiła mi "za grosze" sanatorium. A w nim zabiegi na kręgosłup, który ponoć boli, bo nie jest w stanie unieść mojego ciężaru (a kto unosi jej?) oraz ogólne masaże na pozbawienie tkanki tłuszczowej. Zapomniała, że na zimę tkanka tłuszczowa jak znalazł, nawet futerka nie trzeba. Jestem więc w stanie wojny z mamusią, ale z nią się walczyć nie da. Prowadzi perfidną wojnę podjazdową – mdleje, dostaje palpitacji i wysokiego ciśnienia, kiedy tylko coś nie jest po jej myśli. A teraz umyśliła sobie odwieźć (!) mnie do sanatorium. Nie pomógł nawet lament, że nikt psa nie wyprowadzi, bo ona nie lubi zwierząt. Brudzą, śmierdzą i są ogólnie uciążliwe (a starsi ludzie niby nie?). Dobra, pojadę, ale i tak ucieknę.
No, wreszcie zostawiła mnie pod opieką szwester – nie na darmo ma taki przydomek. Jej kręgosłup znosi co najmniej pięć razy tyle co mój, chodzi wyprostowana jak kapral i wydaje rozkazy. W pokoju jestem z babskiem chudym jak przysłowiowy badyl, prawie stuletnim i ćwierkającym głosem podlotka jak to my, dziewczęta musimy dbać o figurę. Uciekam na salę gimnastyczną, bo do obiadu jeszcze trochę. Rozejrzę się przynajmniej.
Rozejrzałam się. Trenerka – na oko 190 cm wzrostu, 30 kg żywej wagi, siedzi pośrodku, a dookoła niej wyginają się jak trzciny na wietrze chude, opalone podlotki podlatujące pod siedemdziesiątkę. Uciekłam na basen. To samo. Na siłowni to samo, tylko przy włażeniu na drabinki podtrzymuje je za dupcie Adonis o figurze Pudziana.
Wreszcie czas na obiad. Ludzie! To się nie mieści w głowie. W jadłospisie pisali: zupa krem z porów z grzankami, a ja dostałam w lalczynej filiżaneczce odrobinę zielonej wody z 3 (słownie: trzema) grzankami 5mm na 5 mm. W jadłospisie pisali: wątróbki drobiowe, marchewka, ryż. Dostałam: łyżeczkę od herbaty ryżu, 1 wątróbkę i 2 plasterki surowej marchwi. Na deser miał być kisiel, a było troszkę różowej, kwaśnej wody. Nie mam zamiaru tu umrzeć, za młoda jestem. Wieję. Poszłam do pokoju i zbieram się.
- Przenosisz się gdzieś? - szczebiocze moja współlokatorka.
- Tak, do wieczności – warknęłam wściekła i głodna.
- Nie żartuj, źle ci ze mną? - pyta tkliwie.
- Źle mi tutaj – odpowiadam, żeby mi już dała spokój, a ta bez słowa wylatuje z pokoju.
Nie zdążyłam wytaszczyć walizy za próg, a tu wchodzi szwester. Ta chuda zaraza poleciała z jęzorem.
- A gdzie to się wybieramy? - pyta mnie.
- A do domciu jedziemy – odpowiadam.
- A kto pozwolił ?– indaguje.
- A ja sobie pozwoliłam, przepraszam – próbuję ją odsunąć, a to nie tak łatwo.
- Zostaniemy do końca – tym razem bez "a".
- Zadzwonimy na policję jak nas zatrzymają – ostrzegam.
- A komóreczka gdzie?- pyta. Szukam gorączkowo. Zarekwirowała komórkę!
Usiadłam bezradnie na łóżku. I tak stąd ucieknę. Doczekałam kolacji – śmieszna nazwa na to, co dostałam; potem poczekałam, aż chuda zaśnie i wyszłam do łazienki – raz już pomogło, to i drugi pomoże. Miałam ze sobą tylko torebkę. Mamusia mnie tu uwięziła, więc niech później zadba o odzyskanie bagaży. Oczywiście okno zamknięte na głucho. Z drugiej łazienki nie wyjdę, bo tam nie ma okapu nad wejściem i zlecę na łeb z pierwszego piętra. Nie wyjdę drzwiami, bo w dyżurce siedzi cerber. Próbuję lufciku. Znowu się obdarłam do kości, ale przelazłam. Jak się sturlałam na okap - to klapnęłam z bardzo głośnym plaskiem i zamarłam, ale nikt nie wyszedł sprawdzić. Spadnięcie na ziemię i pokuśtykanie do bramy było dziecinną igraszką, ale przede mną jeszcze płot. Nie wierzyłam własnym oczom, kiedy zobaczyłam, że stoi przy nim drabina. Wlazłam na nią, na płot, zamknęłam oczy i hop! Zleciałam na coś ciepłego i miękkiego. Okazało się, że z męskiego skrzydła też uciekał facet - to on zorganizował i podstawił drabinę, a ja spadłam na niego. Cud, że przeżył, ale też taki puchaty jak ja. Szkoda, że mieszkamy w różnych miastach, ale na dworzec poszliśmy ramię w ramię. To się mamusia zdziwi!




















