Przodkowie mówią
Moje babcie i dziadkowie już nie żyją - teraz kiedy mam na tyle w głowie, żeby móc czerpać z ich mądrości życiowej i to docenić, pozostają mi jedynie wspomnienia.
Myślę jednak, że gdzieś miedzy wierszami, w tych wspomnieniach, przemycili mi tej mądrości bardzo dużo, bo w rożnych sytuacjach mi się przypomina.
Jakiś czas temu uczestniczyłam w warsztatach dotyczących kobiecości. Każda z uczestniczek miała przynieść coś, co z ową kobiecością jej się kojarzy lub jest dla niej jej symbolem. Ja przyniosłam opowieść. Historię zwykłą, o jednym popołudniu w moim rodzinnym domu, kiedy to spotkały się dwie babcie - od strony mojej mamy i mojego taty. Tak się złożyło, że te dwie kobiety, przez całe swoje życie nie spotykały się zbyt często, ani też nie miały ze sobą wiele wspólnego. Tego jednego dnia usiadły obok siebie, na przeciwko mnie. Nawet nie pamiętam okazji - może jakiś pogrzeb? Uprzejma rozmowa o pogodzie ześliznęła się na temat życiowy, rodzinnie - mężowski. Na moich oczach - dwóm obcym właściwie kobietom, rozbłysły porozumiewawcze ognie w oczach i udzielały mi wtedy rad na ten temat, starannie dobierając słowa, bo w ich czasach, o wielu rzeczach wprost się nie mówiło. Nie pamiętam jakie to były rady. Przekazały mi wtedy coś o wiele bardziej cennego. Tajemnice więzi między kobietami, porozumienia bez słów, samym spojrzeniem, ponad podziałami, wiekiem, porozumienia dusz dziewczęcych, kobiecych, żon, matek i babek, porozumienia szamanek, czarownic, wiedźm. Nie, nie posiadłam wtedy całej mądrości świata - dostałam coś więcej - nauczyłam się słuchać. Chociaż wiedza o tym jak być kobietą, nie przychodzi mi łatwo, myślę, że po tylu latach słuchania, zaczynam coś rozumieć, czuć i wprowadzać w życie. Dalej jestem jajkiem mądrzejszym od kury, ranimy się z mamą czasem bardzo, bo tak jesteśmy do siebie podobne, w wyglądzie, spojrzeniach, gestach, emocjonalnej naturze i w zdrowotnych przypadłościach, że w sobie jak w lustrze widzimy nie tylko zalety ale i wady. Ale kiedy tak siądziemy razem, spojrzymy na siebie, czytamy sobie w duszach. To porozumienie warte jest każdej ceny.
Niedawno doczytałam, że film Avatar wzbudza stany depresyjne, tęsknotę za światem Pandory i społecznością Na'vi, potęguje myśli samobójcze. W świecie gdzie mocne więzi rodzinne nazywa się toksycznymi, obiady z rodzicami za dziwactwo i głosi obowiązkową niezależność uczuciową, odzywają się w nas pierwotne instynkty, potrzeba wspólnoty plemiennej i więzów krwi. Niestety te pierwotne instynkty i emocje budzą się w sposób inny niż oficjalnie uznawany przez niektóre Instytucje, stąd głosy krytyki zapewne. Sięgam jednak do mądrości moich przodków... Jak mówiła moja babcia: "Co siejesz, to zbierzesz, czego szukasz - znajdziesz"...



















