Lemurband
Kurs odchudzania
Uzdrawianie duszy i ciała

Jak Ala Capone nie mogła uciec z Tropical Island

Pamiętacie tego strażnika miejskiego i mojego? Wysyłają go na kursy do Berlina i ja jadę z nim. Zanim się zaczną spędzimy dwa cudowne dni w tropikalnym raju 60 km od stolicy. Mnie opowieści jego bywałego kolegi jakoś nie pasjonują, ale niech tam, strażnik płaci, ja jadę. Ciutkę mnie wnerwia, że znów muszę wystąpić w kostiumie i jeszcze ten mundzioł zaparł się, że w bikini, bo jemu nie przeszkadza odrobina mojego dziecięcego tłuszczyku! Nie dociera do niego, że dziecięcy tłuszczyk to ja zgubiłam jakieś czterdzieści parę lat temu. Tyle przeżyłam, przeżyję i to, a jak się komuś nie podoba, to niech się nie gapi.

Wysiadamy z autobusu i już widać wielgachną kopułę. To pod nią urządzono tropik. Są laguny, rzeki, zatoki, morze południowe, dżungla w której fruwają papugi i mnóstwo innych kolorowych pierzastych. Na szczęście węży i ptaszników ponoć nie ma, ale ja nie mam pewności. Są za to drewniane bungalowy, w których można przenocować, sauny i dżakuzi.

Na dzień dobry dostajemy czipy, które działają jak diabelskie liczydło. Przy każdym skorzystaniu z atrakcji: zjeżdżalnia, lot balonem, laguna, sauna to dziadostwo tyka i liczy. Płaci się przy wyjściu chyba po to, żeby cały czas się denerwować ile jest wydane. Ale co tam, strażnik płaci. Zestroił się w kwieciste szarawary do kolan jak Ruskie Dynamo (on chyba nie pamięta takich piłkarzy) i uważa, że modnie. Chociaż faktycznie tych szerokich majtek w kwiatki widać tu sporo.

Najpierw do wody! Uwielbiam wodę, ale pływać nie umiem. Dobrnęłam jakoś do rzeki, która opływa naokoło wysepkę. Mówili, że jak się tam wejdzie, woda dzięki specjalnym dyszom unosi człowieka do góry i pcha do przodu. No, rzeczywiście, tyle że ja to chyba będę się na niej unosić do końca świata. Zrobiłam jedno kółko i próbuję wysiąść z tego wiru – nic, poniosło mnie. Zrobiłam więc drugie kółko, szykuję się do wyjścia – ups! - poniosło! Przy czwartym udało mi się uczepić mojego strażnika, który zdybał mnie przy wyjściu i wywlókł. Omal nie utonęłam! Cudownie się zaczęło. Poszłam odpocząć do sauny. Nie dość, że nie ma czym oddychać, nie dość, że dodali do pary jakiś olejek o dziwnym zapachu, to jeszcze wlazła baba, która specjalnie na tą okazję chyba z tydzień się nie myła, smród dosłownie wyrzucił mnie za drzwi. Ledwie odsapnęłam chwilę na leżaczku delektując się ciepełkiem, podczas gdy nad kopułą porywisty wiatr miotał chyba tony śniegu, a tu już mój śliczny ciągnie mnie za rękę:
- Chodź na zjeżdżalnie – marudzi.
- Jakie zjeżdżalnie? - pytam.
- Wodne. Jedna jest odkryta i dość niska, druga wyższa i zjeżdżasz na pontonie, a w trzeciej, zakrytej pędzisz na wodzie z wysokości dziesiątego piętra. No chodź!
- Za nic – zaparłam się.
- Chodź, nie można odwiedzić Tropical Island i nie zjechać.
- A nic mi się nie stanie? - upewniam się.
- Nic, chodź już.
I zaciągnął mnie na te zjeżdżalnie. Po drodze jeszcze udało mi się chapnąć hamburgera i popić jakimś soczkiem, bo w brzuchu mi strasznie burczało. Chyba ten hamburger to była dla mnie największa atrakcja raju, oczywiście oprócz leżaka.

Co ja użyłam na tych zjeżdżalniach, to niech mu Bozia nie pamięta! Bo ja zapamiętam póki życia! A musiałam strawić wszystkie atrakcje, bo jak tu uciekać zaobrączkowana, w obcym kraju i bez pieniędzy. Zdana byłam na łaskę strażnika i tylko dlatego się zgodziłam. Jakoś zjechałam z tej najmniejszej, tylko się trochę wody wychlapnęło, jak pacnęłam na dole. Na tej drugiej dostałam jakąś marną oponkę zamiast pontonu i toto pękło. Szorowałam więc do samego dołu na strzępach gumy i własnym tyłku, a jeszcze potem musiałam płacić, bo to niby ja popsułam. Miałam ochotę wrzeszczeć: Ratunku rodacy, Niemcy mnie biją! Nie chciałam już próbować tej wysokiej, ale jak mnie zaczął namawiać, że się będę chwalić jak wrócę i zdjęcia mi porobi to wlazłam na górę, na moje nieszczęście. Dobrze, że następnego wpuszczają dopiero jak poprzednik wypadnie na dole, bo musieliby całą zjeżdżalnię rozkręcać. No, utknęłam – co tu dużo mówić. Jak tylko zerknęłam w tą czeluść ciemną, bezdenną, to mnie złapał taki strach, że chwytałam się za łączenia rury, byle tylko się nie rozpędzić i złapałam jakoś tak nieszczęśliwie, że zgięta ręka plus mój kadłubek to było za dużo na tak wąską średnicę. Zaczęłam się drzeć, z góry coś do mnie krzyczą, ja z tego wszystkiego nie pamiętałam słowa po niemiecku, angielskiego nie znam i tkwię. Poczułam, że puścili więcej wody, co by mnie pod ciśnieniem wypłukać i nic – dalej tkwię! Przyjechał dźwig i jakiś facet odkręcił to kolanko i razem z nim i z kolankiem zleciałam na dół. Na szczęście chociaż za to nie musiałam płacić, ale strażnik wsadził mnie w najbliższy pociąg do domciu i od tej pory nie daje znaku życia. A co ja złego zrobiłam? Mogli zbudować rurę dla ludzi, nie dla szprotek. Koniec z chłopami, bo oni wszyscy jednakowi.