Czy bielizna zdobi kobietę?
To był zwyczajny dzień jakich wiele w życiu każdej kobiety. Przynajmniej zaczął się zwyczajnie… Rano wstałam, zjadłam, szybko ubrałam się do pracy i już mnie nie ma. W pracy jak to w pracy - banda dzieciaków, którym próbujesz włożyć do głowy choć trochę wiedzy – jak zawsze oporna. Kiedy wychodziłam już do domu zwróciłam uwagę na Ulkę – „Hmm, czyżby schudła, wygląda zupełnie inaczej niż dotychczas.” Ale patrzę, patrzę i jednak tego schudnięcia nie mogę się doszukać, bo spódnicę ma tą co zawsze, bluzkę też. Mogłabym pomyśleć, że może to ta fryzura ją odmieniła. Ale Ulka nosi krótkie włosy i dziś zdecydowanie nie ma nowej fryzury. No nic, wracam do domu gotowa odpędzić od siebie pytanie „Co się stało z Ulą?”. No i rozpętało się piekło!
Na stole leży kartka z zaproszeniem na jakąś uroczystość (na dodatek na dziś wieczór!), nazwa wiele mi nie mówi, ale to nie ma znaczenia. Znaczenie ma to – „W co ja się ubiorę???” Rzucam wszystko w kąt, dopadam do szafy. Po wiele trudach w końcu wybrałam śliwkową sukienkę. Bardzo ją lubię. Przynajmniej na wieszaku. Po chwili już byłam ubrana i stoję przed lustrem, gdy przychodzi moja córka i kiwa współczująco głową. „No wiesz, ty chcesz się TAK pokazać ludziom???” – pyta. „Przecież się dopięłam!” – odpowiadam płaczliwie, bo w sumie mi samej efekt też za bardzo się nie podoba. To wszystko przez ten biust! Zakrył mi połowę sylwetki! „Albo dziś pójdziemy po nowy, DOPASOWANY stanik, albo się zdenerwuję! Myślisz, że to co nosisz pod odzieżą wierzchnią nie ma znaczenia! Zdecydowanie wybij sobie to z głowy!” – woła moja córa... i co mam biedna zrobić. Przecież ja wiem, że to „szata zdobi człowieka”, nie bielizna! Ona jest „pod spodem”. Przecież nic dziwnego, że nic na mnie nie leży, w moim wieku… przy mojej tuszy… ach… Rozmowa trwała jeszcze chwilę, przerywana wyrzuceniem z mojej szuflady trzech staników (stan raczej dość opłakany, ale miałam je od tak dawna).
W końcu zgodziłam się i pojechałam z tą marudą, znaczy się córką, do sklepu gdzieś na końcu miasta (a tyle bieliźniaków u nas w okolicy!). W sklepie zatrzęsienie staników, o których tylko można sobie pomarzyć i oglądać w zagranicznych katalogach. Pełno wzorów, kolorów, krojów… „Pewnie i tak nic na mnie nie będzie leżało dobrze, dostanę jakiegoś beżowego nudziarza” – myślę ponuro wchodząc do przebieralni. Teraz wszystko potoczyło się bardzo szybko, ktoś mnie mierzył, podawał te śliczne staniki, mogłam wybierać i przebierać. I wyglądałam jakoś inaczej. Do domu wróciłam z naręczem bielizny (majtki też dokupiłam w wirze zakupów).
Ubrałam się w stanik pod kolor sukienki, zakładam sukienkę i … sama nie wierzę własnym oczom! To nie mogę być ja! Biust powędrował do przodu (w końcu go nie mam pod pachami!) i zdecydowanie do góry. Okazało się, że magicznym sposobem schudłam ze dwa kilo (wizualnie oczywiście!). A co najlepsze okazało się, że mam talię! Tak, to nie złudzenie! Patrzę w odbicie i naprawdę nie mogę uwierzyć w rezultat tak malutkiej zmiany jaką jest zmiana bielizny.
Przyjęcie okazało się bardzo udane. Wszyscy chwalili mój wygląd. Ba, nawet panie, które za mną nie przepadają, widziałam, że spoglądały zazdrośnie. (O mężu wspominać nie będę, bo to facet, a oni się ślinią nawet jak ubieramy worek od kartofli).
Po jakimś czasie (tzn. kilku dniach) zauważyłam, co jeszcze mi dała ta cała zmiana, poza piękną sylwetką. Przede wszystkim nie musiałam poprawiać co chwilę biustonosza, a do tej pory zdarzało mi się to nad wyraz często. Biust został „unieruchomiony”, dzięki czemu jak się schylałam to przestałam nim zamiatać podłogi. Kręgosłup mnie nie boli, a przecież nie kupiłam w końcu „Cudu siostry Anastazji”. Na ostatnich zajęciach z aerobiku nie wybiłam po raz pierwszy nikomu zębów. Moje piersi są jakby bardziej jędrne i ich kształt się poprawił! A myślałam, że takie rzeczy to tylko jak się ma po 20 lat! A najlepsze – już wiem, co się zmieniło w Ulce!


















