Kurs odchudzania
Uzdrawianie duszy i ciała
Lemurband

Przemiana materii

czyli rzecz o grubych kościach i nadgorliwych mamuśkach

Moje podróże w czasie, w przestrzeni i w głąb duszy ludzkiej tym razem zaowocowały wytropieniem w internecie mężczyzny, który napisał taki tekst o odchudzaniu, przemianie materii i grubych kościach, że śmiałam się przez cały wieczór.

Adam, czyli blogowy Wielorybnik pisze o życiu, pracy i wydarzeniach codziennych tak ciekawie, że spędziłam na jego blogu w gościnie kilka godzin, do czego również was zachęcam. O swoim blogowym akwarium pisze, że:

To nie jest blog artystyczny. To nie jest blog artystowski. Wielkich prawd życiowych ani odpowiedzi na pytanie o sens wszechrzeczy tutaj nie znajdziecie.
To nie jest także bloguś, blogasek ani nawet blodzio. Szanowne Panie (bo to głównie młodych Pań się tyczy) - nie wstąpię, nie zajrzę, nie ocenię, nie załapię się na konkursik, nie mam dollsów ani psiuńciów, nie interesują mnie komcie. Ja sobie po prostu piszę to i owo. Jak macie ochotę poczytać - miłej lektury. Jak macie ochotę wymienić się błyskającymi serduszkami na różowym tle - szkoda Waszego czasu. Nie tutaj. Z całym szacunkiem.
Kocham słowo pisane. Pomimo wieku wcale nie zaawansowanego, wychowano mnie w szacunku dla książki, tradycyjnego listu i dobrego czasopisma. Za co niniejszym dziękuję Mamie i Tacie, starając się jednocześnie oddać trochę tego, co mi podarowano.
Polecam się szanownej pamięci. :) Zajrzyjcie w wolnej chwili.

No to zaglądamy...

Przemiana materii.

Gdybym tak zapytał, ilu z moich Czytelników absolutnie NIGDY nie próbowało się odchudzać, to bardzo jestem ciekaw, kto z czystym sumieniem podniósłby palec do góry... No, wielu jest takich? Jakoś wątpię...

Zdrowie zdrowiem, zadyszka zadyszką, ale bijący po oczach kult ciała szczupłego normalnie wymusza, by przynajmniej zaczepić się myślą o problem. No a gdy ma się jeszcze do tego nieszczęsną "tendencję" do tycia, tak, jak niżej podpisany, to już przepadło.

Ale teraz będę się chwalić, uwaga..!

Niżej podpisany zawsze był, delikatnie mówiąc, dzieckiem pulchniutkim. Na dnie zakurzonego pudełka z najbardziej nielubianymi fotografiami z dzieciństwa spoczywa nadal kolorowe zdjęcie, zrobione w pierwszej klasie podstawówki, z którego pyzatą gębę szczerzy okrągły okularnik w opiętym do granic wytrzymałości mundurku harcerskim. Że fotograf nie chował się po kątach, robiąc mi to zdjęcie, to ja się szczerze dziwię... Przecież gdyby tak któryś z guzików tego mundurka nie wytrzymał, to mógłby chłopa zabić... W każdym razie ten księżycowy pyszczek, zdobny na czubku w czerwony berecik, prześladuje mnie w najgorszych koszmarach sennych.

- To nic - mówiła zawsze moja mamusia - Jak urośniesz, to się wyciągniesz. Masz grube kości.

Jasne. Grube kości... Ulubiona wymówka wszystkich mam z tłuściutkimi dziećmi.

Czas mijał, urosnąć jak najbardziej urosłem, z tym, że we wszystkie strony. Nie tylko wzdłuż, ale i na szerokość. Kula pozostała kulą.

Szlag mnie trafił tak dokładniej dopiero na przełomie klasy pierwszej i drugiej Ogólniaka. Uznawszy, że z mamusią na karku nie mam szans na jakiekolwiek zrzucenie wagi ("wyciągniesz się z czasem", "masz grube kości" - a jakże, repertuar się nie zmienił ni w jotę...), pojechałem na miesiąc samodzielnych wakacji do jednej podwarszawskiej ciotki, najstarszej siostry mojego ojca. Tam zawziąłem się w sobie. Żywiąc się przez ten miesiąc głównie ogórkami, spędzałem całe dnie, łażąc piechotą po całej Stolicy, docierając per pedes z Raszyna, gdzie owa ciotka mieszkała, nawet na samo skrzyżowanie Marszałkowskiej z Alejami. Efekt, jak można było się spodziewać, był piorunujący...

- O rany, Adaś, ty masz talię..! - powiedziała na pierwszej po wakacjach lekcji angielskiego wspominana już pani profesor Ewa, nie ukrywając uznania.

Okazało się, że mam talię. Okazało się, że mogę o nią zawalczyć. Okazało się również, niestety, że o ile schudnąć się udało, o tyle utrzymać efekty wakacyjnej pracy było dość ciężko. Oprócz tego, że mam talię, mam również tendencję. O nie, już nie powiem, że mam tendencję do tycia. Wybaczcie mój francuski, ale gówno prawda. Nie wierzę w tendencje do tycia, nie wierzę w grube kości i nie wierzę w słabą przemianę materii - ukochane wymówki, przy pomocy których odgania się odpowiedzialność za doprowadzenie się do stanu, gdy rozmiar XXL przestaje wystarczać. Wierzę natomiast w fatalne nawyki - obżarstwo i lenistwo. Wierzę - bo widzę po sobie. Sam w siebie mam ochotę walnąć pierwszym kamieniem...

Podejść do tematu miałem potem jeszcze co niemiara. Najbardziej spektakularny był moment mojego długoterminowego wyjazdu do Rzymu. Gdy już wróciłem do pałającej dzięcieliny, moja własna, rodzona mamusia nie poznała mnie na peronie. Minęła, przeszła obok i poszła dalej, szukając wzrokiem obładowanego walizami, sferycznego, ugrzanego i podgotowanego chłopaka, którym już nie byłem.

Ostatnio za kolejne odchudzanie zabrałem się niecałe trzy miesiące temu. Klątwa pożerania wszystkiego, co na drzewo nie ucieka, dopadła mnie w tym Wrocławiu jakoś tak w połowie poprzedniej pracy. Stres. Znowu wspomnę kolejną tendencję - czyli w tym wypadku skłonność do chorobliwego wręcz objadania się w ramach odreagowywania problemów. Na efekty nie trzeba było jakoś specjalnie długo czekać. Już po roku niepohamowanej konsumpcji i wylegiwania zwłok bladych przez ekranem telewizora nie pasowały na mnie żadne z obecnych w szafie ciuchów. Na szczęście iskra, odpalająca we mnie lont samokontroli, nadeszła w chwili, gdy była najbardziej potrzebna.

- O Boże - jęknęła mamusia, gdy odsunąłem od siebie unurzany w tłuszczu obiadek - Znowu?! Przecież ty się w ciężką chorobę wpędzisz! Daj sobie wytłumaczyć, że po prostu masz grube kości. I wolną przemianę materii...

Młoda prychnęła w swój talerz z surówkami. Od kilku tygodni sama trzymała łagodną dietkę i pierwsze efekty były już widoczne, ku wielkiemu przerażeniu obu babć, dla których zdrowe dziecko, to tłuste dziecko. Młoda znała już moje zdanie na temat kości i materii, więc odruchowo nastawiła się na walkę na noże, ociupinkę zasłaniając się kiszoną kapustą i tartym selerem.

- No trudno, przynajmniej umrę chudy - powiedziałem do mamusi - Nie będziesz miała problemu z nabyciem trumny...
- Ty mnie do grobu wpędzisz... - pisnęła mamusia - To co ty będziesz jeść? Trawę?
- Trawę - pokiwałem głową - Obficie skropioną sokiem z cytryny. Dostarczysz, czy mam sobie sam przyrządzić? Od razu mówię, że nie wymagam podsuwania pod nos. Proszę tylko, żeby mi oszczędzić narzekania...
- Ale jeść trzeba - moja mamusia nie chciała dać za wygraną - Z czego będziesz miał siłę?
- Z mięśni - odparowałem - Napędzanych niekoniecznie golonką z piwem. Da się inaczej, uwierz, bo przetestowałem...
- Tak, tak - zagderała mamusia, wchodząc tym samym na inny poziom abstrakcji - Teraz się wycieńczysz, popadniesz w anemię i anoreksję...
- Daj Boże! - ucieszyłem się.
- ...albo bulimię! - mamusia galopowała dalej - A potem znowu się upasiesz i tak w koło Macieju...
- I tutaj zasadniczo można ci przyznać pewną rację - zgodziłem się uprzejmie - Jakoś tak się dzieje, że co schudnę, to przybiorę. Klątwa faraona...
- Faraon był chudy... - pisnęło coś od strony Młodej. Posłałem jej piorunujące spojrzenie, ale strzał nie dotarł do celu, bo już zdążyła uciec za swoją kapustę.

Walka z mamusią i jej opiniami była klasycznym przykładem walki z wiatrakami. Jakoś tak się ułożyło, że w temacie żywienia w naszej rodzinie babcie były całkowicie niereformowalne. O mojej mamusi mogę pisać epopeje. A do dzisiaj pamiętam, jak mama Pauliny, podając stawiającej swe pierwsze kroki Młodej specjalnie kupowany, niesłodzony sok z pomarańczy, dosypywała do napoju łyżkami cukier, bo przecież dziecko nie wypije takiego kwasu... Ile wyrzekań i zgrzytania zębami towarzyszyło odchudzającej się jakieś sześć lat temu, samej Paulinie, tego ludzkie słowo nie opisze. Paulina schudła wtedy fantastycznie, odejmując sobie na oko jakieś piętnaście lat i jakimś cudem tę nieziemską, młodzieńczą sylwetkę udaje jej się utrzymać do dzisiaj. Ku wielkiemu niezadowoleniu swojej rodzicielki...

Nie wiem, zazdrość jakaś się w ten sposób objawia? Bo już żadnego innego wytłumaczenia nie mogę znaleźć.

W każdym razie z potyczek słownych zrezygnowałem, uznając, nie bez racji zresztą, że nie ma sensu spalać się w niemożliwej do wygrania walce, podczas, gdy te siły można przeznaczyć na inny cel. Na przykład na aktywność fizyczną... A menu mogę sobie spokojnie sam układać. Akurat zabawę w kuchni uwielbiam niemal tak samo, jak pisanie.

Organizm mam doprawdy idiotyczny. Przybieram na wadze w tempie ponaddźwiękowym. Z drugiej strony - gdy tylko choćby zacznę dbać o tak zwany zdrowy tryb życia, to chudnę, aż świszczy. I tak samo właśnie zdarzyło się aktualnie. Niepełne trzy miesiące (rozpocząłem, pamiętam dokładnie - siedemnastego maja) diety, po prostu pozbawionej słodyczy, większości dodawanych zewnętrznie tłuszczów i nadmiaru chleba białego. Do tego plus minus codzienna jazda na rowerze czy orbitreku domowym, jakieś pół godziny "brzuszków" lub machania sztangielkami - i ponad dwadzieścia kilo mniej. Niewiarygodne, ale prawdziwe i udokumentowane. Jabłka w telewizorze / Artur BińkowskiNawet moja Szefowa wyżebrała ode mnie zestaw przepisów na codzienne potrawy własnego pomysłu... Noszę spodnie o pięć numerów mniejsze, niż wiosną. Czuję się o dziesięć lat młodszy. Wbiegam po schodach na jednym oddechu, zamiast zastanawiać się nad każdym półpiętrem. Da się? Da się. Tylko trzeba się zawziąć. No i nie pozwolić sobie na przyjęcie wygodnych wymówek.

Acha. No i najtrudniejsze teraz... Trzeba nie dać się reklamom snickersów i macdonaldów i to utrzymać...

PS. Tutaj apel do telewizorów: czy zamiast cukierków o smaku jabłkowym nie dałoby się czasami reklamować zwykłych jabłek?
wielorybnik

Tekst pochodzi z bloga wielorybnika i został opublikowany za zgodą autora.

Odpowiedzi

Świetny jest ten tekst

Świetny jest ten tekst Wielorybnika, też go czytałam, był na Onecie promowany. To cieszy, że ludzie mają poczucie humoru i dystans do siebie.